Szum wokół cyfrowych transformacji

Data: 2018-04-16
Autor: Sebastian Konkol
Szum wokół cyfrowych transformacji

W ramach marketingu terminu „cyfrowa transformacja” pierwsze skrzypce grają firmy technologiczne, opowiadając jak to wiele można zrobić takim, czy innym narzędziem. Zupełnie nie o narzędzia to chodzi. Bez wątpienia, w Digital Transformation jest dużo Digital, ale – nawet jeśli potężne – Digital to tylko narzędzie, a nie cel.

Najczęściej przytaczana definicja pojęcia cyfrowa transformacja to „aplikacja technologii cyfrowych wywierająca fundamentalny wpływ na wszystkie aspekty biznesu i społeczności”. Definicja ta podkreśla trzy kluczowe cechy cyfrowej transformacji: celowość wywierania wpływu (po to aplikujemy technologie, aby wpływ wywrzeć), zasięg wpływu (na wszystkie aspekty szerokiego wachlarza zachowań) oraz siła wpływu (zmiany zachowań na poziomie fundamentalnym).

Na temat wpływu technologii komunikacyjnych na zachowania społeczne napisano już bardzo dużo, z “Smart Mobs: The Next Social Revolution” Howarda Rheingolda na czele. Skupmy się więc na cyfrowych transformacjach, w odniesieniu do prostszych organizmów firm, nie całego społeczeństwa. Dla uzupełnienia, trzeba także określić, czym cyfrowa transformacja nie jest. Nie jest ona prostą konwersją świata analogowego do cyfrowego. Zeskanowanie dokumentu nie czyni transformacji. Nie jest nią także wdrożenie nawet wszystkich dostępnych na świecie technologii, włączając w to IoT, BigData, AI, Machine Learning, Blockchain (coś przeoczyłem?). W sferze biznesu transformacja cyfrowa zaczyna się wtedy, kiedy dotyczy rzeczy zasadniczych lub na nie wywiera fundamentalny wpływ. Takimi rzeczami są zmiana modelu biznesowego (pomysłu na zarabianie pieniędzy), czy zmiana modelu operacyjnego (pomysłu na codzienne działanie firmy).

Żeby nie przesadzić, cyfrowa transformacja nie jest terminem zarezerwowanym wyłącznie dla Tesli, czy Google’a. Transformacja to nie musi być rewolucja. Nie ma wątpliwości, że na wykorzystaniu technologii cyfrowych się zyskuje. Przykłady firm „przetransformowanych” jak Amazon (prekursor masowego oparcia biznesu na technologii), Dell (restrukturyzacja przepływów finansowych), Walmart (zarządzanie stanami magazynowymi), UPS (nie skręcamy w lewo) dowodzą jednoznacznie, że nawet relatywnie „punktowe” zmiany mogą zmienić wiele. W przypadku firm „od początku cyfrowych” jak Airbnb, Uber, Facebook, Google dowód nie jest potrzebny. Czego potrzeba do cyfrowej transformacji? Trzeba „tylko znaleźć to coś”, co realizowane metodami cyfrowymi wprowadza tę krytyczną zmianę w sposobie działania firmy.

Dostawcy technologii ICT prześcigają się w dowodzeniu, jak bardzo ten lub tamten produkt jest absolutnie, krytycznie niezbędny dla cyfrowej transformacji i jak on to cudownie robi cyfrową transformację, albo nawet dwie równolegle, a co tam… Jestem co prawda inżynierem telekomunikacji, a nie informatyki (czymkolwiek to dzisiaj jest), ale jednak reprezentuję świat technologii i czasami aż mi wstyd, kiedy słucham takich marketingowych wywodów. Odnoszę wrażenie, że takie gadki coraz częściej opierają się na paradoksie technologii, który wiele lat temu podsumował już Arthur C. Clarke: „Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”. Skoro spora część inżynierów zaczyna się gubić w tym, co jest realnie osiągalne przy zastosowaniu technologii, a co rzeczywiście musiałoby używać magii (a część z nich wręcz przechodzi na ciemną stronę mocy i zaczyna te brednie głosić), to co ma w tej sytuacji zrobić tzw. biznes? Biznes nie zrozumie technologii, aby znaleźć potencjał cyfrowej transformacji – mają sami wystarczająco dużo do roboty. W tym samym czasie IT „gada po technologicznemu”, raczej nie pomagając, delikatnie sprawę ujmując. Obserwuję od jakiegoś czasu efekty takiego stanu rzeczy, kiedy biznes bierze się za kształtowanie technologii – podejmuje decyzje dotyczące technologii bazując na swoim zrozumieniu technologii z co najmniej dekadą opóźnienia. Wychodzi słabo, bo biznes nie od tego jest, aby uczył się technologii i pozostawał cały czas up-to-date z tym zrozumieniem. Od tego jest właśnie IT, o ile w relacjach z biznesem funkcjonuje w trybie partnerskim. Potencjał cyfrowej transformacji wynika z technologii ale wymaga zarówno dogłębnego zrozumienia technologii jak i możliwości jej aplikacji do określonego biznesu.

Z jednej strony wiec cyfrowa transformacja to potężna szansa dla każdej firmy. Z drugiej jednak, cyfrowej transformacji ktoś musi przewodzić, jeśli cokolwiek ma się zadziać. Każdy, kto uważa, że funkcja IT ma być funkcją wsparcia i siedzieć w kotłowni, jest w głębokim błędzie – W mojej ocenie zarządy firm muszą albo wymusić partnerskie relacje między biznesem i IT, albo wręcz uznać przywództwo IT w kształtowaniu przyszłości. Świat już wiele razy dowiódł, że nie w rozwoju kieruje się swoimi regułami – nie będzie czekał, na korygowanie błędnego zrozumienia roli IT – firmy, które to przegapią, czeka los dinozaurów. Obiektywnie rzecz ujmując, najlepiej byłoby podejść partnersko, bazując na win-win dowodzonym jednoznacznie przez teorię gier, ale – szczególnie w warunkach korpo – teoria gier swoje, a postawy ludzi swoje. Ważniejsze jest więc chyba to, aby zacząć coś robić, a to poważne zadanie zarządu każdej z firm.

Świat uznał, że postęp opiera się na przywództwie technologicznym, a negowanie tego uważam za symptom konieczności rozmowy ze specjalistą psychologiem. Rzeczywisty dylemat brzmi tak: czy firmy stać na taki ruch, żeby powierzyć przywództwo technologii, której stopień złożoności sięgnął już pogranicza magii, a niespecjaliści rozumieją go jedynie bardzo, bardzo pobieżnie. Z oczywistych powodów nie jest kwestia „wytłumacz mi tak, żebym zrozumiał”… Zwyciężą ci, którzy uwierzą. Ot, taka uogólniona forma wyjścia poza „strefę komfortu”, ze wszystkimi konsekwencjami takiego kroku.

Pozostaw komentarz