Frustrująca jest praca konsultanta…

Data: 2015-04-27
Autor: Sebastian Konkol
Frustrująca jest praca konsultanta…

W dzieciństwie słyszałem, że żadna praca nie hańbi – każda męczy. Później, już w dorosłym życiu, uzupełniłem, że każda praca stresuje, choć w różnym stopniu. Bagaż doświadczenia konsultanta pozwala mi także twierdzić, że taki „zawód” dodatkowo może być mocno frustrujący. Co z tym zrobić?

Przez lata doświadczeń, dzięki obserwacji lepszych ode mnie i dyskusjom z nimi, a także podczas lektury uświadamiam sobie mechanizmy wpływające na pracę w mojej profesji – konsultanta. Nie jest łatwo, jak w każdym innym zawodzie wykonywanym. Jest jednak bez wątpienia specyficznie, a specyfika tak prowadzi do frustracji. Bez „mechanizmów obronnych” nie sposób utrzymywać się w tym zawodzie na dłuższą metę. Postanowiłem więc podzielić się tym, co mnie pomaga w utrzymywaniu frustracji (nie mylić ze stresem) możliwie daleko. W części są to mądrości odziedziczone po kolegach po fachu, a w części moje własne przemyślenia. W całości jednak są one potwierdzone własnymi doświadczeniami.

„Nie rób Rejtana”

Ludzie rozpoczynający karierę zawodową nie rozumieją jeszcze, że zasady aplikowane do życia prywatnego są bardzo odmienne od zasad rządzących życiem zawodowym. Czasami (mnie zdarzało się to często) traktują konieczność zrobienia czegoś „źle” bardzo osobiście, a bywa że nawet emocjonalnie. Objawia się to zwykle oceną „to jest bez sensu”, a w przypadkach skrajnych „nie będę tak robić”. Postawa Rejtana rozdzielającego koszulę.

Nie ma to najmniejszego sensu. Z różnych powodów (o części z nich niżej) takie polecenia są normą w życiu zawodowym, a im większa „korporacja” tym powody są bardziej zróżnicowane, a przy tym częstsze. W tym względzie stosuję – i polecam każdemu – filozofię Japończyków: nie muszę się zgadzać z planem (wierzyć w niego, ogarniać w całości, odnajdywać w nim swoją cząstkę sukcesu), aby go realizować – tak długo, dokąd uczestnictwo w nim nie zaczyna stać w sprzeczności z moimi normami „kręgosłupa moralnego”. Krótko mówiąc, jeśli mój klient tak chce, to – przecież jest człowiekiem odpowiedzialnym – ma po temu powody. Moja etyka zawodowa nakazuje mi przekazać klientowi, że nie potrafię zgodzić się z planem, ale będę wykonywał wskazane zadania w najlepszy możliwy sposób. Odmawiam dopiero wtedy, kiedy moje normy moralne musiałyby być złamane, np. musiałbym potwierdzać nieprawdę. Zwykle skutkuje to refleksją klienta nad meritum zagadnienia. Czasami jednak klient traktuje to jak podważanie jego kompetencji, ale to już zupełnie inna historia.

„Wszystko ma swoje konsekwencje”

System edukacji w Polsce wytrwale ćwiczy ludzi w idealizmie – dzieli świat na rozwiązania dobre i złe. Jeśli rozwiązanie jest dobre, to zasługuje na uwagę, realizację, podziw, uznanie, … Jeśli natomiast jest złe, to zasługuje na nieco inny zestaw określeń.

Prawda jest taka, że nie ma dobrych i złych rozwiązań. Przyjęcie jakiegoś rozwiązania dla danego problemu ma zawsze konsekwencje, które – w kontekście uwarunkowań, ograniczeń – mogą wyjść na dobre lub na złe. W mojej praktyce zawodowej nauczyłem się, że rolą konsultanta nie może być „zabronienie” klientowi przeprowadzenia jakiegoś planu. Rolą konsultanta jest przedstawienie klientowi – z największą starannością – konsekwencji tego planu. To klient ponosi odpowiedzialność za realizację planu, a konsultant zwykle nie zna nawet części uwarunkowań, jakich rozważenie jest konieczne dla oceny „dobry” / „zły”. Staram się więc przedstawić te konsekwencje, aby klient miał szanse wziąć je pod uwagę podejmując decyzje odnośnie planu. Większość moich klientów doceniała taką pomoc. Czasami jednak klient przyjmuje te wyjaśnienia i akceptuje konsekwencje, ale po pewnym czasie – i zastosowaniu przez niego mechanizmu pamięci wybiórczej – okazuje się, że i tak ja mam sobie z nimi poradzić, ale to już inna historia.

„Oni nie są durniami – mają po prostu inne cele”

Wielokrotnie byłeś świadkiem dyskusji, prowadzonych w bardzo poważnych gronach, których stenogram mógłby z powodzeniem wykorzystać Bareja. W kilku z nich – na moje nieszczęście – postanowiłem nawet wziąć udział. Wtedy jeszcze uważałem, że skoro ludzie gadają głupoty to są debilami.

W ramach takiej dyskusji (już ładnych kilka lat temu) jeden z moich, bardzo przeze mnie szanowanych, starszych kolegów po fachu uchronił mnie przed takim właśnie „występem”. Najpierw kopnął mnie w kostkę, żebym nie zdążył się odezwać, a później wyjaśnił: „Tu nie ma głupich ludzi – oni wszyscy są bardzo inteligentni. Wypowiadają słowa, które nie mają szczególnego znaczenia, jednak obie strony dyskusji doskonale wiedzą, o czym dyskutują. Słowa nie mają tu znaczenia.” Po kilku chwilach zrozumiałem. Ci ludzie mieli po prostu inne cele, inne „agendy” czy też sprawy „do załatwienia”. Jeśli czegoś z ich dyskusji nie rozumiem, to nie znaczy ani że oni są debilami, ani (co cieszy), że ja nim jestem. Po prostu nie rozumiem ich intencji, więc kwestionowanie stanu ich świadomości po prostu ich obraża – i to publicznie. Jedna z ważniejszych lekcji, jaką odebrałem w karierze zawodowego konsultanta.

„Szukanie winnych i karanie niewinnych”

W projektach – im bardziej „skazanych na sukces”, tym bardziej prawdopodobnie – następuje taki okres, kiedy okazuje się, że ktoś musi ponieść odpowiedzialność. Kiedyś usłyszałem takie określenie, „szukanie winnych i karanie niewinnych”, które pasuje tu idealnie. Taki okres projektu nazywam właśnie w ten sposób. Do dzisiaj doświadczałem takiego okresu w ograniczonym zakresie, ale to tak jak jazda na motocyklu – gleba nastąpi, to tylko kwestia czasu.

Bez względu na to, jaki jest formalnie ustalony zakres pracy konsultanta, „w stawkę konsultanta wliczona jest” jakaś forma wzięcia na siebie odpowiedzialności za część błędów klienta. Jeśli świadomie jest ona wliczona, to konsultant jest już całkiem doświadczonym profesjonalistą. Jeśli, drogi kolego po fachu, nie zgadzasz się na takie zasady, zmień zawód. W sytuacji, kiedy dostrzegam pierwsze objawy nadchodzenia „etapu szukania winnych i karania niewinnych” staram się zwykle przemycić klientowi taką myśl, że rozumiem niepisane i nieartykułowanie oczekiwania roli konsultanta w tej mierze – proszę jedynie, aby uprzedził mnie, że będę miał za coś odpowiadać, żebym mógł się „od razu przyznać do winy”. Moi klienci bardzo sobie taką możliwość cenią, choć – po takiej deklaracji – mają daleko większą niechęć do korzystania z niej. Zdarzyło mi się jednak jeden raz, kiedy klient potraktował to jako groźbę doniesienia na niego, ale to już inna historia.

„Obiektywizm, umiarkowanie, dystans”

Na początku „kariery konsultanta” uważałem, że moją rolą jest reprezentowanie stanowiska mojego klienta. Ponieważ jestem raczej skuteczny w swych działaniach, to moi klienci mnie kochali, a ich przeciwnicy mnie szczerze nienawidzili. W pewnym momencie nastąpiło jednak „tąpnięcie” – jak to wtedy postrzegałem – mimo tak dalekiej lojalności z mojej strony, mój klient zaprzestał korzystać z moich usług.

Brutalna rzeczywistość pracy konsultanta polega na tym, że jest najemnikiem, trochę jak Legia Honorowa. Dzisiaj pracuje dla jednego podmiotu, a jutro dla innego – nigdy nie wiadomo, kto może stać się klientem za jakiś czas. Albo właśnie nie stać się klientem, jeśli wcześniej był wrogiem klienta… Z tego właśnie powodu zalecam miarkowanie opinii, oparcie się na faktach, ocenę obiektywną, wręcz „wyzutą” ze wszelkich emocji i dystans do przedmiotu pracy. Nas, konsultantów, szczególnie nie stać na obrażanie lub ośmieszanie kogokolwiek, nawet jeśli w danym momencie nie jest naszym klientem. Poza tym, pomijają wszystko inne, mimo czysto merytorycznych pobudek konsultanta, nigdy nie wiadomo, co kieruje klientem. I nie chodzi mi o sytuację, w której umówiłem się wcześniej na odgrywanie ról dobrego i złego policjanta (ja odgrywam tego złego). Może to być na przykład próba zmanipulowania własnego konsultanta, ale to już inna historia.

 

W profesji konsultanta zawsze będzie ciąg dalszy każdego wątku w postaci „ale to już inna historia”. Tak po prostu już jest. Żadna mądrość i żadna forma agregacji doświadczeń konsultantów tego świata nie dostarczy kompletnego „algorytmu postępowania”. Czy to czyni pracę konsultanta frustrującą? Bez wątpienia coś w tym jest. Ja traktuję to jednak w kategoriach rozwojowych – każdego dnia uczę się czegoś nowego. O ludziach. Bo ludzie, wszędzie, są tylko ludźmi.

Nie mam ambicji „bycia jak Gerald Weinberg” (The Secrets of Consulting, More Secrets of Consulting). Nie mam podstaw – w każdym razie jeszcze nie – do dawania rad, jak być dobrym konsultantem. Dzielę się tym, co w mojej ocenie pomaga wykonywać tę trudną pracę. Może koledzy po fachu podzielą się własnymi doświadczeniami – a szczególnie „mechanizmami obronnymi”? Nie mam też ambicji zakładania związków zawodowych konsultantów IT. Chociaż, może to i jest jakaś myśl…

Jeśli konsultant chce odnosić sukcesy, to ma dwie możliwości. Jeśli ma elastyczny kręgosłup moralny, to może się dostosować – będzie mu łatwiej. Jeśli jednak nie, to musi jak najszybciej zacząć pracować dla ludzi mądrzejszych od siebie.

Pozostaw komentarz