Enterprise Architecture – Dead or Zombie?

Data: 2017-03-21
Autor: Sebastian Konkol
Enterprise Architecture – Dead or Zombie?

Ostatnio zdarzyło mi się przeprowadzić filozoficzną dysputę o wartości Enterprise Architecture. Nasza dysputa dość szybko przeszła w stadium zderzenia przekonań i skończyło się awanturą. Od kilku już lat wiadomo, że EA nie spełnia obietnic. Po ostatniej dyspucie już wiem, dlaczego.

EA kusi uporządkowaniem i logiką metod zarządzania architekturą. Sekwencja działań, w której wszystko wynika z wyników poprzednich kroków, nieuchronnie prowadzących do wielkiego sukcesu. Tej pokusie ulegają często teoretycy i akademicy, często nie zwracający uwagi na siłę założeń lub wykonalność ich wypełnienia. W praktyce okazuje się, że literalne wypełnienie założeń jest niezwykle kosztowne dla organizacji. Jeśli więc się źle zrozumie znaczenie założeń lub brakuje doświadczenia z praktyki pracy na architekturze, naraża się organizację na duży wysiłek skazany na mizerne efekty. Najprostszy sposób na odrzucenie przez organizację filozofii EA w całości.

Największą słabością niedoświadczonego, teoretycznego stosowania filozofii EA jest wiara w to, że EA służy do obiektywnego opisu całej firmy, całej organizacji. W praktyce, owszem, całą organizację można opisać językiem EA, ale opis ten jest użyteczny jedynie w relacji tejże firmy z IT. Służy on zgraniu działań IT ze strategią firmy i nadawaniu strategicznego kierunku wysiłkom IT w relacjach z tzw. biznesem. Nigdy jednak nie będzie służyć w innych relacjach. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, niech spróbuje użyć EA do dogadania sprzedaży z marketingiem – będzie niezła zabawa. Osadzona w IT geneza EA widoczna jest także w określeniach pojęć używanych przez EA. Na definicję najmłodszego dziecka w tej rodzinie, czyli zdolności (Capability), składają się: proces, organizacja, informacja. Jak patrzę na podstawy analizy systemowej (Robertsonowie, minione tysiąclecie) – proces, rola, dane – wygląda na bliski związek, prawda? Mimo warstwy patyny, ani podejście z „ciemnych wieków IT”, ani cel stosowania EA ograniczający się do relacji z IT, nie są jednak niczym złym. Krzywdę filozofii EA robią teoretycy zaślepieni swą własną perspektywą tak dalece, że przekonują organizację do powszechności jej stosowania. I wychodzi, jak wychodzi.

Odkąd świat, szczególnie ten pragmatyczny, przestał wierzyć w wartość podstawowej filozofii EA, propagatorzy teoretycznej wartości EA zaczęli „przygarniać” inne metody służące zarządzaniu IT „pod parasol” EA. W taki sposób na przykład Applications Portfolio Management i podobne metody zostały podporządkowywane EA w akcie desperackiego poszukiwania sensu i znaczenia. Skoro nie potrafimy zrobić dobrze jednej rzeczy, to mówmy, że robimy więcej rzeczy, tak?

Te wszystkie słabości EA nie oznaczają, że EA nie nadaje się do niczego. Bezrefleksyjnie teoretyczne stosowanie EA nie przyniesie wartości w żadnym biznesie, którego otoczenie może wymusić zasadnicze zmiany strategii firmy w okresie kilku lat. Być może są branże tak stabilne, ale ja takich nie znam. Największa słabość EA nie leży jednak w metodach czy procesach lecz w jej wyznawcach przedkładających metody działania EA nad pragmatyzm stosowania jej filozofii. To odrealnione, wyteoretyzowane przeświadczenie o ogromnej wartości strategicznej EA robi krzywdę tej filozofii – odium jest tak duże, że w większości firm jeden wyznawca może przekreślić możliwość skorzystania z wartości filozofii architektury na wiele, wiele lat. Polecam pragmatyzm.

Pozostaw komentarz