„Biznesowe” – w rozumieniu IT

Data: 2015-03-09
Autor: Sebastian Konkol
„Biznesowe” – w rozumieniu IT

Projekt, w jakim ostatnio uczestniczę, jest „nasączony” różnymi terminami zawierającymi chyba wszystkie możliwe formy i odmiany słowa „biznesowy” – model biznesowy, widoki biznesowe, wymagania biznesowe, architektura biznesowa. I niby nie ma w tym nic złego, bo przecież dobrze, że IT odnosi się jakoś do biznesu – tylko właśnie, do czego się odnosi?

Przyzwyczaiłem się już do myśli, że postrzegam rolę IT nieco odmiennie, niż „pisze się w gazetach”. W tej sferze jestem zwolennikiem amerykańskiego pragmatyzmu, nie zaś europejskiej akademickości. Przyglądając się wyjaśnieniom, jakie serwowane są przez specjalistów IT w odpowiedzi na pytania o znaczenie „biznesowy” w tym czy tamtym określeniu, jakąś dekadę temu mnie to drażniło, nieco później śmieszyło, a niedawno jeszcze żenowało. Teraz pozostają we mnie już tylko ubolewanie i wyrozumiałość. Dlaczego? Bo termin „biznesowy” dotyczy czegoś, czego cała sfera wiedzy o użytkowaniu IT w ogóle nie sięga. Biznes to robienie czegoś, na czym daje się zarobić. Model biznesowy to pomysł na takie zorganizowanie, które przy akceptowalnym ryzyku daje potencjał zarabiania. Za wyjątkiem dostawców IT nie spotkałem się z żadną organizacją, która myślała w takich kategoriach.

IT jako całość jest po prostu zasobem dla „robienia biznesu”, analogicznie jak kapitał, ludzie z kompetencjami, organizacja pracy, zdolność do innowacji i takie tam „drobiazgi”. Coraz częściej przekonuję się, że IT (jako zasób) jest najmniej ważne ze wszystkich posiadanych zasobów. Coraz częściej okazuje się bowiem, że sprawy można załatwiać „obejściem” bez udziału technologii informacyjnej, a obejścia takie są po prostu skuteczniejsze i tańsze – nawet gdyby włączyć je na stałe do organizacji pracy. Coraz częściej IT nie jest zdolne do realizacji swojej misji w przyspieszających cyklach otoczenia ekonomicznego. Coraz częściej przekonuję się także, że – jako zasób – IT jest w coraz gorszej kondycji. Wymaga z każdym rokiem coraz to większych nakładów, a coraz mniej jest w stanie skutecznie zrealizować. Za coraz większe koszty przynosi coraz mniejszą wartość, a często staje się ograniczeniem (lub wręcz stanowi blokadę) generowania wartości – tej prawdziwej, biznesowej, mierzonej w wartościach monetarnych.

Jest oczywiście drugie dno stosowania terminu „biznesowy” w sferach IT. Czy sytuacja obecna oznacza bowiem, że na IT się nie zarabia? Wręcz przeciwnie! Na IT zarabia się świetnie – pozycja rynkowa takich gigantów jak IBM, Gartner, Apple, czy Google jest doskonałym dowodem na to, jak opłacalna może być działalność w branży IT. Oni zarabiają. Cała reszta „stosujących IT” ponosi koszty. I tyle. Przewaga konkurencyjna dzięki IT? Błagam…

Wracając jednak do sedna, „biznesowość” w sferach IT ma w moim odczuciu dwa znaczenia. Pierwsze to „wszystko to, czego nie chcą rozumieć programiści”. Drugie to „wszystko to, co musi rozumieć biznes, aby dostąpić zaszczytu skorzystania z posiadanych zasobów”. W obu przypadkach sprowadza się to do ustalenia pola bitwy (bo nie jest to pole współpracy), które Sun Tzu określił jako High Ground – w uproszczeniu, jeśli wybierasz pole bitwy, to masz przewagę. Co ciekawe, specjaliści IT prześcigają się w argumentach co jest, a co nie jest biznesowe…

Trochę pokory… Ja uczę się tego każdego dnia i zalecałbym każdemu – bez względu na profesję. Jeśli coś ma być uznane za „biznesowe”, to powinno udowadniać, w jaki sposób podniesie przychody, obniży koszty lub zredukuje ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej. To byłaby współpraca. Jeśli takiego dowodu nie da się przeprowadzić w trzech zdaniach, to nie jest to biznesowe – co najwyżej jest zasobem, dzięki któremu ktoś inny może zrobić coś, co rzeczywiście biznesowe będzie.

Radykalne? Owszem. Takie ma być.

Pozostaw komentarz