O tym, jak (nie)wykorzystywani są konsultanci…

Data: 2014-10-02
Autor: Sebastian Konkol
O tym, jak (nie)wykorzystywani są konsultanci…

Po kilku wcześniejszych i ostatnich projektach, w jakich brałem udział, naszły mnie refleksje na temat sposobu „zatrudniania” zewnętrznych konsultantów (a.k.a. kontraktor) do „pracy”. No właśnie, do jakiej pracy?

Spotykam się czasami z „zarzutami” kierowanymi pod adresem konsultantów, że nie rozumieją, że zamiast pomóc tylko dyskutują, proponują „teoretyczne” rozwiązania – i generalnie kosztują za dużo (nawet jeśli w jakimkolwiek odniesieniu do wyników). Jestem jednym z takich konsultantów, więc postrzegam świat z drugiej strony. Jestem daleki od generalizowania, bo – jak w każdej grupie ludzkiej – są lepsi i gorsi, etyczni i nieetyczni, kompetentni i kompetentni inaczej. Opieram się wyłącznie na swoich, bezpośrednich doświadczeniach. Postanowiłem więc podrzucić kilka podpowiedzi dla każdego, kto zatrudnia konsultantów.

Przede wszystkim, na czym polega wartość konsultanta? Na tym, że z zagadnieniami podobnymi do tych, które są powodem zatrudnienia go w nowym projekcie, spotykał się w różnych miejscach wcześniej. Żaden konsultant nie zna ani biznesu  danej firmy, ani jej realiów organizacyjnych. Nie z tego powodu pojawia się on w organizacji. Konsultant potrafi jednak przełożyć doświadczenia z poprzednich projektów na tę konkretną organizację i wskazać, co będzie działać, a co nie – „pamiętam, jak to będzie”. Nie oczekujcie więc od świeżego konsultanta poruszania się sprawnie po organizacji od dnia zero – oczekujcie wskazania, co z tzw. „specyfiki” organizacji może być tolerowane, a co nie.

Konsultant dostarcza to, o co jest proszony. Jeśli więc wiadomo, jaki jest cel zatrudnienia konsultanta, to ten cel można osiągnąć. Trzeba go określić, uzgodnić oczekiwania, odsiać myślenie życzeniowe i postawy roszczeniowe. Skupić się na tym, co konsultant ma dostarczyć. Niestety, często zdarza się, że konsultant – zamiast realizować konkretne zadania – staje się „jeszcze jedną parą rąk na pokładzie”, zasilając rzeszę ludzi radzących sobie z pracami bieżącymi, rutynowymi. Rzeczywiście, trudno wtedy uzasadnić, dlaczego konsultant a nie kolejny etat.

Niedawno uczestniczyłem w warsztatach, w czasie którego pracownik klienta opowiadał o pewnej metodzie działania w pracach nad złożonym przedsięwzięciem. Widziałem w swojej praktyce kilka prób wdrożenia takiej metody i nigdy nikomu się nie udało – czysta utopia, ale nie dyskutowałem z tym. Proponowałem natomiast w czasie dyskusji uzupełnienie tej metody o kilka praktyk, które zadziałały – jak nie trudno się domyślić, zostałem zakrzyczany. Ciekawsze od samego zakrzyczenia było jednak argumentacja. Moje propozycje zostały bowiem określone jako teoretyczne, a klient potrzebuje praktycznych sposobów (sic!). Konsultanci nie głoszą teorii – w każdym razie ja ich nie głoszę. Oczywiście, można zignorować zsyntezowane doświadczenie z kilku podobnych projektów i nadal upierać się przy własnym, opartym jedynie na tym konkretnym przypadku.

Tu docieramy do konsekwencji. Jeśli miałbym wskazać jedną rzecz, której nauczyłem się będąc konsultantem, to byłoby to następujące zdanie: nie mam władzy, która pozwoliłaby mi na zabronienie mojemu klientowi zrobienia sobie krzywdy – mam jednak etyczny obowiązek naświetlenia mu konsekwencji. Wszystko można zrobić, dowolne ograniczenia przyjąć i nie oznacza to „Rejtana w drzwiach spotkania” – oznacza to konsekwencje, czasami nieuchronne, czasami potencjalne. Taki jest ten świat, choć potrzeba odwagi i niezależności zewnętrznego konsultanta, żeby to w organizacji powiedzieć.

 

Choć nie dotknęło mnie to osobiście, obserwowałem kilkukrotnie projekty, w których wina za niepowodzenie spadała na zewnętrznych konsultantów. W części przypadków owszem, przyczynili się oni w jakimś stopniu do takiego finału projektu. W części przypadków rzeczywiście są powodem niepowodzenia. W części przypadków jednak takie stwierdzenie jest po prostu zasłoną dymną – zatrudniający ich przecież muszą pozostać w organizacji, a ktoś musi być winny. No cóż, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Czasami takie zachowania klienta także trzeba „wkalkulować w stawkę” doradczą.

Pozostaw komentarz