Ograniczenia rozwoju telekomunikacji

Data: 2013-11-04
Autor: Sebastian Konkol
Ograniczenia rozwoju telekomunikacji

Jakiś czas temu mocno zaangażowałem się w sprawy konkurencyjności rynku telekomunikacji, a konkretnie dostępu do Internetu szerokopasmowego. Mieszkałem wtedy w wielkim mieście i uważałem, że niemożność realizacji zasad prawdziwej konkurencyjności jest najważniejszym czynnikiem ograniczającym. Przeprowadziłem się jednak do mniejszego miasta i odczułem zupełnie inne ograniczenie – takie proste, przyziemne, ludzkie.

Jak każdy człowiek, którego duża część życia – zawodowego i prywatnego – korzysta z dobrodziejstw dostępu do Internetu, musiałem mieć taki dostęp, mimo zmiany miejsca zamieszkania na tereny znacznie mniej wielkomiejskie. Po wstępnym przeglądzie okazało się, że nie ma innych możliwości, jak tylko tzw. szybki dostęp od operatorów komórkowych. Różne rzeczy można powiedzieć o takich usługach, ale na pewno nie to, że jest szybki… W tzw. międzyczasie mój sąsiad przebił się przez oporność dominującego operatora i – kosztem jedynie własnego słupa, pozwolenia od sąsiada i kilku godzin spędzonych „na telefonie” – miał 10 Mb/s. Cud! Namówił mnie na skorzystanie z przetartej już ścieżki.

Pamiętając, co poprzednio odpowiedział mi operator dominujący („Brak możliwości technicznych i nie przewidujemy rozbudowy w tym terenie.”), zakupiłem 120 metrów bieżących kabla telekomunikacyjnego i peszla, wykopałem 120 metrów rowu, w którym złożyłem ten kabel. Miałem więc kabel z domu do miejsca, w którym sąsiad „odbierał Internet”. Pomyślałem sobie, no to teraz pójdzie już z górki…

Pobiegłem do najbliższego salonu sprzedaży, podpisałem umowę na 40 Mb/s, umówiłem się z technikami od operatora i… słuch zaginął. Po tygodniu zacząłem się niepokoić, co się dzieje. Zadzwoniłem na infolinię, a tam słyszę, że „Technicy napisali, że trzeba 300 metrów kabla i 3 słupy postawić. Nie ma możliwości technicznych.” (Dodam, choć to oczywiste, że żaden technik się u mnie nie pojawił – pewnie popatrzyli na jakieś mapy, skasowali operatora dominującego za wykonanie usługi weryfikacji warunków technicznych, a nawet nie ruszyli zwłok, żeby sprawdzić.) Zaraz, przecież sąsiad, jego słup, moje 120 metrów kabla do tego słupa, on ma – dlaczego? Pan na infolinii zaproponował, że podpiszemy nową umowę, ale spróbujmy 10 Mb/s, żeby dało się zrobić – a później podniesiemy, bo 40 Mb/s to VDSL, a do najbliższej szafy jest ponad 3 km, a na taką odległość VDSL nie zadziała. Niech będzie te 10 Mb/s. Umowa zawarta przez telefon przyjeżdża kurierem, który ma się pojawić w ciągu 4 dni, jest umawiany na konkretne godziny, a pojawia się – chyba nic zaskakującego – piątego dnia, kiedy nikogo nie ma w domu. Przeprawa do centrum dystrybucyjnego tej firmy kurierskiej (takie centra – jakby się wszyscy umówili – są na największych zadupiach, a prowadzą do nich drogi z największymi dziurami) w piątek w godzinach szczytu popołudniowego jest przesłodkim doznaniem, nawet jeśli pominąć poziom kompetencji obsługi takiego centrum. Ale miałem umowę i modem, mogłem czekać na techników.

Technicy przyjechali i muszę przyznać, że „na piwo” czyni cuda – jak przed 20 laty, tak i dzisiaj. Podłączyli, zmierzyli. Przy okazji okazało się, że VDSL z palcem w nosie, bo szafa ze sprzętem jest w odległości 600 metrów. Bosko! Jednak będę miał lepiej, niż sąsiad (40 Mb/s, prawda?). J

Dzwonię na infolinię i raportuję, że chcę więcej i będę za to płacił, mimo „pewnych niedociągnięć” ze strony operatora we wcześniejszych kontaktach. Infolinia powiedziała OK, to wysyłamy: umowa, technicy, drugi modem. I tu zaczęły się schody. Najpierw nie zawiodłem się na kurierze (ta sama firma) – po raz pierwszy przyjechał dzień później, kiedy nie było mnie w domu, drugi raz już w ogóle nie przyjechał – o tym, że był dowiedziałem się przypadkiem od innego sąsiada. W czasie kolejnej rozmowy z infolinią dowiedziałem się, że (a) ma obowiązek przyjechać dwa razy oraz (b) skontaktować się telefonicznie ze mną przed przyjazdem. W czasie rozmowy z centralą firmy kurierskiej dowiedziałem się jeszcze, że mają reorganizację w oddziale i to dlatego, i że mogę sobie złożyć reklamację, jak chcę…

Ale skoro – przynajmniej technicznie – mogę mieć te 40 Mb/s to pozostaję niezłomny. Kolejna umowa, kolejne umawianie techników, kolejny raz modem. Tym razem kurier był umówiony na konkretny przedział dwóch godzin konkretnego dnia. Spóźnił się godzinę i jeden dzień. Jakimś cudem byłem w domu, więc mogłem dokonać próby odbioru. Umowę podpisuje się przy kurierze, więc sprawdziłem papiery i (cóż za zaskoczenie) dostałem fakturę za modem VDSL, zamiast niecałych 60 zł prawie 400 zł. Kurier zabrał wszystko i pojechał.

Za dwa dni dzwoni do mnie pani z infolinii i z wyrzutem pyta, dlaczego zrezygnowałem z VDSL? Jestem z siebie dumny, bo opowiedziałem jej tę historię spokojnie. „Rozumiem” – padła odpowiedź. Skracając, kolejna umowa, kolejne umawianie techników i kolejny kurier. Skoro umówiliśmy się na czwartek, czekałem na niego w piątek. Podziwiam ich konsekwencję – w piątek przyjechał. Umowa podpisana, modem wreszcie odebrany. Możemy przejść do fazy techników. W umówionym dniu dzwoni technik i mówi mi, że jesteśmy umówieni na 18:00, ale on nie będzie jechał do mnie o tej porze, więc jak chcę mieć ten Internet to on może (chyba w akcie łaski) załatwić to wcześniej. Trochę mnie to wyprowadziło z równowagi, ale dałem radę. Technik przyjechał, sprawdził, zmierzył, podłączył – tym razem nie było „na piwo”. „Będzie działać za 48 godzin” – powiedział technik.

Po 2×48 godzin sprawdzam speedtest.net, a tu jak było przed „przyspieszeniem” tak jest nadal. Dzwonię na infolinię. Okazało się, że jeśli takie przełączenie ma miejsce w ostatnich 5-7 dniach miesiąca, to zmiana wchodzi dopiero od 1 dla po upłynięciu pełnego miesiąca kalendarzowego – czyli w moim przypadku od 1 listopada. Muszę jednak przyznać, że po tej dacie coś się poprawiło.

Po drodze był jeszcze przeuroczy „incydent” podłączania telefonu, bo podłączyć telefon i go zawiesić jest taniej, niż płacić operatorowi dominującemu za utrzymanie linii. W tej sprawie zadzwonili do mnie inni technicy mówiąc: „Pan chciał telefon, ale nie ma możliwości technicznych – 300 metrów kabla i trzy słupy.” Poprosiłem, żeby do mnie nie dzwonili, bo nie ręczę za siebie i – jako szanujący się inżynier telekomunikacji – mogę porazić ich śmiercionośnym promieniowaniem telefonicznym…

Długa historia, ale pouczająca. Poza barierami w skali makro są inne, w skali mikro, ale o co najmniej takiej samej wadze gatunkowej. Sprzedawcy nie wiedzą, co sprzedają. Zatrudniane firmy kurierskie nie realizują tego, do czego zostały zatrudnione. Technicy nie są od tego, żeby podłączać – są od tego, aby nie było możliwości technicznych. A o tym, jaki sprzęt gdzie stoi wie chyba tylko co dwudziesty pracownik operatora dominującego, choć powinien wiedzieć każdy z nich. Żeby mieć ten dostęp do Internetu, który chciałem, musiałem przejść 6 razy przez proces sprzedaży. Chciałbym móc pominąć, że ten proces kosztował 6 razy więcej, ale nie mogę – przecież operator dominujący nie dokłada z własnej kasy, a za tych wszystkich durni, bezczeli i nierobów płacimy w rachunku „za usługi telekomunikacyjne”.

Czy taka bariera jest większa? Pewnie łatwiej ją usunąć, niż wymusić konkurencyjność rynku. Problem polega jednak na tym, że o konkurencyjności rynku telekomunikacji myśli pomijalnie mała – w skali ludności Polski – grupa ludzi. Z barierami w skali mikro musimy się jednak zmierzyć my wszyscy.

komentarze 2 dla

  1. Marek Jagła napisał(a):

    Cudne!!! Czytałem to przy kawie i teraz muszę wytrzeć ekran.. :). Gdybyś chciał otworzyć osobny wątek poświęcony takim „kwiatkom” to 1 artykuł na miesiąc sam mi się napisze. Wachlarz szeroki: od właśnie operatorów, urzędów a na bankach skończywszy. pozdrawiam, M

  2. Sebastian Konkol napisał(a):

    Zapraszam! Pisz! :-)

Pozostaw komentarz