Knowledge Economy, right?

Data: 2013-10-21
Autor: Sebastian Konkol
Knowledge Economy, right?

Wydawałoby się, że kryzys zmienił nastawienie dużych firm do korzystania z usług ekspertów. Był taki czas, że duże firmy zaczęły szukać pomocy bezpośrednio od nich rozumiejąc, że nie ma powodu dla płacenia marży pośrednikom – i pośrednikom pośredników. Przez pewien czas było nawet całkiem zdrowo – stawki konsultantów zostały odchudzone o marże pośredników. Ale ten czas się wyraźnie skończył i znów pojawiają się pośrednicy, a stawki – dla tych, którzy rzeczywiście wykonują wartościową pracę – znów są niższe.

Oczywiście (1) można naiwnie powiedzieć, że wolny kraj, konkurencja i kapitalizm, wolna ekonomia i tak dalej. Jeśli ktoś się nie zgadza na takie warunki, to ich nie akceptuje i może zacząć sprzedawać warzywa. Tylko to właśnie zabija rozwój, a koszty i tak ponoszą klienci dużych firm, w cenach usług (telefony komórkowe, obsługa bankowa, energia elektryczna i inne media), za które muszą płacić.

Oczywiście (2) w dużych firmach zawsze pozostaje sfera bezpieczeństwa osobistego menedżerów podejmujących decyzje – oni tam tylko pracują, więc po co narażać się na decyzje, za które będą odpowiadać osobiście? Lepiej, kiedy za jakąś decyzją stoi jakieś „duże logo” – wsparcie poważanych doradców, w których stawkach wkalkulowane są narzuty na wzięcie odpowiedzialności (czyt. doświadczenie pozwalające się wykręcić od tejże odpowiedzialności). W przypadku, kiedy decyzja menedżera okaże się błędna i brzemienna w skutki (niekorzystne dla dużej firmy), wygłaszane jest zdanie, że przecież tacy poważani doradcy tak doradzili i wszystko jest cacy.

Zakładając jednak, choć to może naiwność z mojej strony, że duża firma chce coś zrobić naprawdę, powinna zrozumieć różnicę między firmą „pośrednikiem” a ekspertem-freelancerem. Eksperci są drodzy. Ich usługi mają dużą wartość, ale taka wartość wymaga dużego doświadczenia. Stają się freelancerami, bo – zazwyczaj – firm nie stać na ich utrzymywanie. Czysta ekonomia – ich koszty ponoszą wszyscy ich klienci, a nie pojedyncza firma. Freelancer to jednak nie firma z kapitałem zakładowym, czy stanem konta pozwalającym na długookresowe „inwestycje” w realizację projektów. Freelancer to człowiek, którego dochody pełnią analogiczne funkcje jak pensja pracownika, ale zdecydował się na ponoszenie ryzyka prowadzenia własnej działalności.

Ostatnie doświadczenia współpracy z taką dużą firmą potwierdzają moje obserwacje. „Proponowane” warunki rozliczeń są – z punktu widzenia freelancera – abstrakcyjne: zamówienie na kilka miesięcy z płatnością po zakończeniu realizacji usług doradczych, terminy płatności kilkumiesięczne, żądanie gwarancji dostępności na 100% ale bez gwarancji płatności za dostępność lecz za godziny „rzeczywiście” przepracowane, stwarzające kolejne pola do „negocjacji” stawiające freelancera pod ścianą. Prosta arytmetyka, freelancer musi być przygotowany na pół roku pracy bez zobaczenia złotówki za wykonaną pracę, a i to z ryzykiem obniżenia na koniec wartości monetarnej swojej pracy.

Efekt: “What you pay for is what you get.” Zawsze mnie dziwiło zachowanie zamawiających, którzy byli zaskoczeni konsekwencjami swoich wyborów – chcieli najtańszego, a tu nagle dziwią się, że nie dostali najlepszego… Stosowanie reguł rozliczeń między firmami do prac freelancerów jest po prostu niecelowe, ale przecież duża firma nie musi się tym przejmować… Duży może więcej i to na tyle więcej, że inni (mniejsi) nie mają najmniejszych szans na rozwój swojego biznesu. Czy to jednak problem tego małego? Nie!

Podobna sytuacja, choć w większej skali, dotyczy polityki państwa w sferze rynków regulowanych (np. telekomunikacja). Sięgnijmy pamięcią do czasów monopolu TP S.A. na usługi dostępu do Internetu w Polsce przed działaniami UKE pod prezesurą Anny Streżyńskiej. Internet kiepski i drogi, a narodowy operator bezczelny, zarówno w odniesieniu do Państwa, jak i pojedynczych obywateli. Czy na tym ktoś tracił? Oczywiście, że tak – Pan, Pani i tamten Pan też – jedni bulili jak za zboże, a drudzy nie mogli korzystać z dostępu do Internetu. I to nie dla zabawy, bo Internet to potężna machina biznesowa, ale trzeba mieć do niego dostęp. „Namacalny” przykład: czy Allegro miałoby jakiekolwiek szanse, gdyby dostęp do Internetu nie był powszechny? Czy nie zyskujemy wszyscy, że możemy kupić dowolny towar znacznie taniej, niż w innych sklepach (nawet w Internecie)? Taki jest prawdziwy efekt ograniczenia rozwoju małych – tracimy na tym wszyscy.

To są zagadnienia z zakresu odpowiedzialności biznesu wobec społeczeństwa (CSR). Wszystkie duże firmy mają hasła CSR na sztandarach, ale jedynie na sztandarach – taka jest aktualnie moda w korporacyjności. Jeśli jednak dla własnego zysku duże firmy blokują (w taki czy inny sposób) rozwój trendów pożytecznych dla społeczeństwa, to jest to ze szkodą dla tego ostatniego. Ekologia to jedynie zasłona dymna.

Ciekawe, czy coś się jednak będzie zmieniać…

Pozostaw komentarz