Wyścig złożoności

Data: 2013-07-30
Autor: Sebastian Konkol
Wyścig złożoności

Jeśli trochę dłużej popracować przy poważnych przedsięwzięciach informatycznych – informatyzacji struktur państwa, głównych systemach biznesowych korporacji, komercyjnych platformach usługowych – można zacząć dostrzegać ciekawe efekty użytkowania technologii. Miałem w ostatnich latach sporo takich doświadczeń i jedna myśl nie daje mi spokoju – myśl o swoistym wyścigu złożoności rozwiązań i oczekiwań ich możliwości. Gdzie to nas zaprowadzi?…

Jeśli spojrzeć na warunki realizacji i typowe przebiegi projektów teleinformatycznych o większej skali, widać wyraźnie wydłużający się czas ich realizacji. Co ciekawe, systemy te z rzadka są wdrażane w miejscach, w których wcześniej nie było jakichś rozwiązań – zwykle zastępują one poprzednie rozwiązania lub wręcz poprzednie wersje tych samych systemów. Myślę, że złożoność poszczególnych systemów, częściowo wynikająca z wyścigu technologicznego i tendencji do pakowania nadmiernych możliwości w każdą dostępną „warstwę” stosu technologicznego (a czasami – nawet jeśli jedynie marketingowo – tworzenie nowych „warstw”), a częściowo z konieczności zapewnienia większej porcji „elastyczności” (moje ulubione wymaganie), niż posiadało poprzednie rozwiązanie. Wszak technologia musi się sprzedawać… Zwiększona złożoność skutkuje wzrostem czasu na każdy aspekt realizacji takiego projektu: organizację prac, angażowanie przeróżnych ludzi, zestawianie stosu technologicznego, migracja ze starego do nowego, zdobycie zdolności użytkowania rozwiązania i jego utrzymania w ruchu oraz pewnie kilku innych. W sumie, wdrożenie systemu pewnej samej klasy o dzisiejszej złożoności trwa znacznie więcej, niż systemu tej samej klasy kilka lat temu. Nie potrafię określić naukowo charakteru tego wzrostu, ale wiedza o złożoności podpowiada mi, że raczej jest to charakter wykładniczy.

Jeśli jednak spojrzeć na ewolucję czasu życia rozwiązań, to im ważniejsze ono jest, tym krótszy okres jego sensownego użytkowania. Tu także jest kilka powodów takiego stanu rzeczy. Oczywiście, obiektywnie skracają się cykle życia produktów komercyjnych, więc wszystko co je tworzy – także technologia teleinformatyczna – ma krótszy czas życia. Ale to nie jest jedyny powód. Równie istotnym powodem jest oderwanie podejmowania decyzji technologicznych od rzeczywistych uzasadnień biznesowych przedsięwzięć. Decyzje o uruchamianiu wielu z nich opierają się właśnie na uzasadnieniach technologicznych, a – nawet jeśli są one błędne lub oparte o niekompletne informacje decyzyjne – realizacja takich projektów zmusza zwykle konkurencję do podejmowania analogicznych działań. Na takim wyścigu zbudowany jest cały biznes technologiczny. Zdrowy rozsądek przegrywa zwykle z Gartnerem i samosprawdzającymi się przepowiedniami serwowanymi przez analityków tej firmy…

W efekcie tych dwóch zmian ewolucyjnych zaczyna brakować czasu na realizację projektów technologicznych. Co prawda jeszcze do tego nie doszło, ale całkiem niebawem normalną sytuacją będzie uruchamianie projektu zmiany określonego rozwiązania, zanim poprzedni projekt zmiany jego poprzednika dobiegnie do szczęśliwego końca. Taki stan – przy utrzymaniu bieżących uwarunkowań – jest nieunikniony. Czas realizacji projektów technologicznych wydłuża się, podczas gdy czas pomiędzy „podmianami” ulega skracaniu. To błędne koło, ale jakoś dotąd nie słychać głosów przerażenia takim stanem rzeczy.

Spotkałem w życiu kilku – niestety niewielu – menedżerów technologii, którzy umieli (mało istotne, choć konieczne) i mieli siłę sprawczą (kluczowe), aby powiedzieć „nie!”. Dostrzegali złudne korzyści wynikające z tego wyścigu i tragiczne konsekwencje dla budżetów firm z wyścigu wynikające. To byli ludzie, którzy – zanim podjęli się kolejnego wdrożenia „cudownej” technologii weryfikowali zdolność osiągnięcia oczekiwań przed nią stawianych. Niestety, przytłaczająca większość menedżerów technologii zbiera dzisiaj owoce swojej postawy sprzed kilku lat, kiedy magia roztaczana wokół technologii – nieprzenikniona podówczas dla biznesu – dawała im carte blanche dla ignorowania tego, co mówił im biznes. Przez tych kilka lat biznes w pewnym stopniu nauczył się zarządzać technologią, a przynajmniej zrozumiał reguły rozwiewania magii. Teraz więc nie prosi, ale żąda – i to z zadziwiająco dużą siłą. Fakt, że zrozumienie to nie sięga zwykle prawdziwych pokładów wymaganych dla ogarnięcia konsekwencji złożoności sprawia jedynie, że menedżerom technologii jeszcze trudniej jest wyrwać się z pułapki, którą sobie przez kilka lat ignorowania biznesu przygotowali. Biznes im nie wierzy…

Zawsze byłem przeciwny takim postawom menedżerów technologii, a wypowiadanie takich poglądów często kończyło się „trudną sytuacją komunikacyjną”. Dzisiaj mógłbym więc głosić z tryumfem „A nie mówiłem?!” – tylko w żaden sposób nie zmienia to sytuacji i potencjalnych konsekwencji wyścigu złożoności. Jeśli będzie on trwał nadal, to branże – oparte o technologie teleinformatyczne – zaczną upadać. Coraz trudniejsza sytuacja telefonii komórkowej jest tego najlepszym przykładem. A wtedy wszyscy będziemy mieli gorzej.

Cóż więc proponuję? Menedżerom technologii – więcej pokory, dużo więcej transparentności i pokuty w postaci determinacji nawiązania partnerskich stosunków z biznesem. Biznesowi – chwili refleksji nad rzeczywistym poziomem ich wiedzy fachowej i otwartej na argumenty głowy. Jednym i drugim – więcej wiary w doświadczenie ludzi i mniej chęci „obicia się blachą” przy wykorzystaniu logo Gartnera, czy dużych firm doradczych. A nam wszystkim odwagi, żeby – w tak zwariowanych okolicznościach – chcieć coś zmienić.

Pozostaw komentarz