Coraz trudniej doradzać…

Data: 2013-04-12
Autor: Sebastian Konkol

Kilka miesięcy temu mój znajomy, który przez ostatnią dekadę pracował w firmie telekomunikacyjnej w Niemczech, opowiadał mi o ciekawym problemie tej branży w Niemczech. Najlepsi ludzie, twierdził, jeśli mają trochę oleju w głowie nie pracują w korporacjach, tylko „u siebie”. Tych troszkę słabszych, ale nadal dobrych, przyciągają znane marki. Do firm telekomunikacyjnych trafiają „odpadki”. Ciekawe, pomyślałem wtedy. A ostatnio zauważyłem, że – choć przekrój branżowy w Polsce wygląda nieco inaczej – podobny efekt można już zauważyć. Poziom merytoryczny freelancerów rośnie, poziom pracowników etatowych – hmm… „rekompensuje” ten pierwszy wzrost, aby średnio wyszło… nadal średnio.

Nie myślałem o tym w ten sposób, bo przecież wiadomo, że klienci nie są głupi, tylko możemy nie rozumieć ich intencji. Jednak ostatnie doświadczenia z kilku projektów kazały mi się zastanowić nad mechanizmem kompetencji w niemieckich telekomach i – w konsekwencji – przyznać, że (przynajmniej dla części branż, choć innych, niż w Niemczech) ten mechanizm także zaczyna działać. Dla przykładu, w jednym z projektów, w jakich brałem udział, klient zarzucił mojemu przyjacielowi (wiem, mogę być nieobiektywny), że jest przemądrzały. Bez wątpienia, facet jest bardzo inteligentny, ale jest ucieleśnieniem empatii, a z wykształcenia jest dyplomatą. Po dłuższych podchodach okazało się, że mój przyjaciel po prostu używa zbyt trudnych zwrotów języka polskiego do wyrażania swoich myśli, co powoduje niezrozumienie, następnie zaniepokojenie, następnie zawstydzenie, a następnie reakcję samoobrony. No bo przecież jeśli nie mogę kogoś zrozumieć, to (skoro jestem przedstawicielem klienta) nie może to być moja wina – to mówiący jest przemądrzały. Kojarzy mi się z tym Ukaz Cara Rosji Piotra I z 9 grudnia 1708 roku: „Podwładny winien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty tak, aby swoim pojmowaniem istoty rzeczy przełożonego nie peszyć”. Zawsze traktowałem to jak żart, a tu – proszę, jak pasuje…

Mnie też się oberwało od tego samego klienta. Ponieważ pracowałem nad złożonym problemem, który musiał być rozwiązany w warunkach nietypowo utrudnionych – nawet przyjmując za normę typowo utrudnione warunki w realizowanych w Polsce projektach technologicznych – zacząłem zadawać pytania o większej „mocy rażenia”. Pierwsze pytanie zostało zbyte tradycyjnie („to nie jest istotne”), w odpowiedzi na drugie zapadła nerwowa cisza. Przy trzecim w serii w moim rozmówcy wezbrała gorycz. Dwa dni później okazało się, że jestem wcieleniem zła wszelakiego i nie mogę uczestniczyć w tym projekcie. Dobrze, że wyszło to od klienta, bo nie bardzo wiedziałem jak im powiedzieć, że nie mam ochoty z nim pracować…

Bardzo chciałbym się mylić, bo – jeśli moje wnioski są słuszne – niezbyt ciekawie widzę przyszłość swojej profesji. Mówiąc wprost, wnioski są takie. Na polskim rynku kompetencyjnym zarządzania technologią teleinformatyczną ludzie inteligentni i kompetentni przechodzą „na swoje”. I to masowo. W firmach (im większych tym wyraźniej) zostają po prostu słabsi. Firmy muszą jednak realizować swoje plany stosując teleinformatykę, a – skoro same nie są w stanie temu podołać – muszą zatrudniać specjalistów z zewnątrz. Pracownicy firm, spotykający codziennie specjalistów z zewnątrz, poddawani są nieustannie konieczności obcowania z ludźmi przewyższającymi ich wiedzą i doświadczeniem. W sumie, przecież tacy właśnie są im potrzebni, prawda? Ale ludzie są tylko ludźmi i mają swoje emocje. Nie znam wielu ludzi, którzy – pomimo codziennego obcowania z innymi, przewyższającymi ich pod kluczowymi względami – nie popadaliby w depresję czy frustrację. A w takich sytuacjach działają już nasze, ludzkie mechanizmy samoobrony. Właśnie tak, samoobrony. Umysły pracowników firm bronią się przed nieprzyjemnym stanem stresu, frustracji i depresji w taki sposób, w jaki mogą – zwalają winę za stan rzeczy na obiekt będący powodem frustracji, w tym przypadku na „przemądrzałego” i „źródło zła wszelakiego”.

Przez lata pracy doradcy przyzwyczaiłem się do tego, że klient (a raczej płatnik) musi czuć się lepszy i ważniejszy. To pewnie kwestia kultury (osobistej, organizacji) i po kilku dekadach być może normalność w tej sferze nastanie. Martwią mnie jednak dwie rzeczy. Pierwsza: z powodu „rozwarstwienia” kompetencyjnego w branży, coraz więcej ważnych decyzji w trakcie realizacji projektów technologicznych w firmach podejmowanych jest przez ludzi coraz mniej kompetentnych i coraz bardziej emocjonalnych. To nie wróży dobrze tym projektom, a przez to dla wzrostowi firm je finansujących. Druga: jeśli ten stan będzie się pogłębiał, to cała mądrość i doświadczenie freelancerów będzie dewaluowana, bo będzie „zbyt mądra” i „zbyt doświadczona”, a przez to nieprzyjemna w odbiorze, więc odrzucana. To nie wróży dobrze mojej branży.

Póki co jednak nie ma się co zamykać w sobie. Wierzę, że ewolucja poradzi sobie jakoś w takiej sytuacji, więc pozostaję mimo wszystko optymistą. W sumie, nie wszędzie to „rozwarstwienie” kompetencyjne następuje. Tym niemniej, chyba trzeba zrobić coś jeszcze, bo samo doradztwo zaczyna być chyba zawodem podwyższonego ryzyka.

Pozostaw komentarz