Piąty element informatyki administracji publicznej

Data: 2012-01-20
Autor: Sebastian Konkol
Piąty element informatyki administracji publicznej

Streszczenie dla niecierpliwych

Uzasadnienie:

  1. Poziom informatyki w polskiej administracji publicznej jest żenujący.
  2. Poziom kompetencji zawodowych w przytłaczającej większości jednostek administracji publicznej uzasadnia poziom informatyki.
  3. Praktyka stosowania PZP (zamówienia publiczne) pogłębia tę sytuację i jest (żeby nie powiedzieć krymino-) aferogenna.
  4. Za to wszystko płacą podatnicy – i to wielokrotnie.

Teza: Jeśli nieodpłatnie pomożemy administracji robić dobrą informatykę, to będzie to inwestycja o ROI nieporównywalnym z czymkolwiek innym (włączając w to akcje Google i Apple).

Jak?

A teraz w całości, czyli dowód

Jeden z moich ulubionych cytatów z filmów brzmi: “If you want to have something done, do it yourself” (Zorg, “The Fifth Element”, 1997). Ten cytat przychodzi mi do głowy za każdym razem, kiedy próbuję zrobić coś sensownego w informatyce i informatyzacji administracji publicznej. I zawsze mnie to zniechęcało, gdyż łatwiej byłoby mi uwierzyć w to, że wszyscy żyjemy w Matrixie, niż że administracja publiczna jest zdolna zrobić coś informatycznego dobrze sama… Jestem jednak świeżo po lekturze kolejnej książki Dona Tapscotta (ThXL Borys!), tym razem “Macrowikonomics: Rebooting Business and the World” (Don Tapscott, Anthony D. Williams, Portfolio Hardcover 2010, ISBN: 1591843561) i myślę, że istnieje sposób, aby sprawę poprawić. A jest co poprawiać…

Jeśli przyjrzeć się pierwszemu lepszemu przetargowi na rozwiązania informatyczne w administracji publicznej, dowody widać bez specjalnego śledztwa. Na informatyzację wydawane są tak kosmiczne pieniądze, że czasami trudno jest uwierzyć. Co prawda nie kopie się leżącego, ale efekty można poznać choćby po KSI ZUS, e-deklaracjach, czy e-PUAP. Co ciekawe, im więcej pieniędzy, tym gorzej. Trwa już trzecia dekada naszej suwerenności, a zmiana adresu zameldowania to sterta papierów, o której wypełnienie – w każdym urzędzie oddzielnie – ja muszę zadbać. W administracji publicznej w Polsce na koniec 2011 roku zatrudnionych było etatowo ponad 440 tys. ludzi, którzy zajmują się przekładaniem papierków. I nie widać perspektyw zmniejszenia tego obciążenia dla budżetu państwa (21 mld. PLN na pensje w 2011 r.). Informatyka mogłaby tu pomóc, ale…

Informatyką w administracji publicznej zajmują się informatycy administracji publicznej. Zapewne należy im się szacunek za czynione wysiłki, ale – to trzeba obiektywnie przyznać – poziom kompetencji przytłaczającej większości z nich jest marny. I nie ma się co dziwić, bo niby po co ludzie błyskotliwi i doświadczeni w sferze IT mieliby pracować w administracji publicznej? Żeby obrywać za przetargi? Pastować opony, czy malować trawę na zielono? Pensje w firmach komercyjnych są znacznie większe, więc w administracji publicznej pozostają pasjonaci (znikomy promil), młodzi-gniewni na dorobku (tych jest trochę) lub poniżej-przeciętniacy. I tu zaczyna się problem. Administracja zatrudnia ekspertów, bo sama jest niezdolna cokolwiek zrobić, a później – pod groźbą niezapłacenia – zmusza ekspertów do wprowadzania zmian w wynikach ich prac „pod dyktando” myśli – w najlepszym wypadku – poniżej-przeciętniaka (bo bywają też sfrustrowane miernoty). W efekcie rozwiązania informatyczne administracji publicznej są – w najlepszym wypadku – poniżej przeciętnych lotów i jeszcze słabszej jakości. Im bardziej kreatywna sfera informatyki (np. tworzenie koncepcji rozwiązań informatycznych, ich architektury), tym konsekwencje poniżej-przeciętnego wpływu są tragiczniejsze. Z tych sfer należy więc usunąć mechanizm szantażu i nacisków poniżej-przeciętniaków – usunąć z nich pieniądze.

Kolejną bolączką jest praktyka stosowania PZP (prawa zamówień publicznych), Podkreślam, praktyka, bo samo PZP wcale nie jest takie złe – to (niczym nieuzasadnione) asekuranctwo urzędników oraz (częściowo uzasadniony) zamordyzm NIK sprawiają, że urzędnicy kupują najtańsze, choć PZP nakazuje im (sic!) kupować najkorzystniejsze. Zawsze mnie wprawiała w osłupienie wiara urzędników, że jak kupią najtańsze, to dostaną najlepszą jakość… Nie dość więc, że rozwiązania informatyczne, które mogą wprowadzić miliardowe oszczędności, są jakie są, skoro poniżej-przeciętniacy wybierają sobie do pomocy najtańszych. Na tym jednak nie kończy się tragizm zamówień publicznych. Od kilku lat możemy korzystać z pomocy unijnej na projekty informatyczne realizowane w Polsce. Pomijając już całą sferę przyznawania i kontroli takich projektów, pamiętajmy o mechanizmie pomocy – UE „odda” część poniesionych nakładów, jeśli projekt się uda. Oczywiście, urzędnicy uważają, że są w stanie zrealizować projekty, na które „biorą” z UE setki milionów złotych – biorą, czyli zakładają, że mogą wydać dostępne im publiczne pieniądze (czyt. z naszych podatków), bo za jakiś czas UE im zwróci. Tylko że realizują je na swój poniżej-przeciętny sposób i okazuje się, że z realizacją jest raczej słabo. I UE nie zwróci. I te setki milionów złotych stają się dziurą budżetową, którą my, podatnicy, musimy dodatkowo wypełnić. A dlaczego UE nie zwraca? Choćby dlatego, że w wielu sprawach związanych z takimi przedsięwzięciami prowadzone są śledztwa, a ostatnie aresztowania szefów sprzedaży IBM i HP pod zarzutem wręczania milionowych łapówek w MSWiA wskazują na skalę procederu. Nie ma co liczyć na to, że – jak pod dotknięciem magicznej różdżki – słabo opłacani pracownicy administracji publicznej staną się z dnia na dzień do szpiku kości uczciwi, uodpornieni na próby perswazji i skupieni wyłącznie na misji społecznej. Trzeba więc zrobić tak, aby jednostkowe kwoty przetargów były na tyle małe, aby po prostu nie opłacało się przy nich majstrować.

Prawda jest taka, że PZP nadaje się do zakupu papieru toaletowego, herbaty i długopisów – w sensie praktyki stosowania nie nadaje się do zamawiania rzeczy o tak nieokreślonym charakterze, jak rozwiązania informatyczne. W każdym razie nie tak, jak to jest teraz robione. Największa nieokreśloność zamówienia jest na samym początku projektu, kiedy tworzona jest koncepcja i architektura rozwiązania. Ideałem byłoby, gdyby urzędnicy nauczyli się realizować projekty informatyczne w kilku etapach, o kontrolowanym koszcie i kolejno zmniejszających niepewność odnośnie ostatecznego kształtu rozwiązania. Kłopot polega jednak na tym, że musieliby wziąć na siebie odpowiedzialność za odbiór każdego z etapów, bo każdy kolejny musiałby budować na wynikach poprzedniego. Odpowiedzialność, nawet w sytuacji posiadania kompetencji merytorycznych, jest kłopotliwa. A urzędnicy przecież nie posiadają tych kompetencji, więc nie mogą wziąć na siebie odpowiedzialności. Trochę nie rozumiem, co w IT administracji publicznej robią więc ci wszyscy ludzie, poza zbieraniem punktów w „programach lojalnościowych”, skoro i tak do wszystkiego muszą zatrudnić firmę z zewnątrz… Żeby zrobić coś z tą niekompetencją, trzeba zapewnić spokój „sumienia” urzędnika – nie koniecznie przyjmując odpowiedzialność za efekt, ale zapewniając potwierdzenie poprawności prac wykonanych w kolejnych etapach i przybliżeniach.
Widzicie rozwiązanie? Trzeba bezpłatnie pomagać w realizacji przedsięwzięć informatycznych, skupiając się na krytycznych ich fragmentach, zapewniając transparentność wyników prac, aby każdy mógł się na ich temat wypowiedzieć. To trochę tak, jak społeczne konsultacje regulacji rynków, tylko w sferze konstrukcji rozwiązań informatycznych. Urzędnik publikuje opis problemu, specjaliści próbują go określić koncepcyjnie i architektonicznie, wskazać możliwości i warianty, a całość jest oceniana w ustalonych kryteriach i najlepsze wygrywa – przechodzi do następnego etapu, w którym całość dzielona jest (inżynieryjnie, nie politykiersko) na mniejsze kawałki, których niepewność można ograniczyć do minimum. I proces się zagnieżdża rekurencyjnie, przez cały czas w pełnej transparentności.

Motywacja dla nas? Oczywiście, wymaga to wysiłku i pracy bez zapłaty. Utopia? Altruizm? Patriota-idiota? Otóż, niestety, nie – rachunek ekonomiczny. Jeśli weźmie się pod uwagę skalę wydatków na informatykę w administracji publicznej i – najdelikatniej rzecz ujmując – mało sensowne gospodarowanie tymi środkami, a dodatkowo pamiętając, że co trzecia złotówka z wydatków na informatyzację jest pożerana przez same struktury administracji, to jest o co walczyć. Angażując się w taką działalność można poprawić sobie byt w najefektywniejszy sposób. Dzięki temu rozwiązania informatyczne (a) będą powstawać, (b) będą sensowne i (c) będą kosztować tyle, ile muszą, a nie tyle ile mogą. Czy będzie to trudne? Jak ch…ra! Przeciwko będą urzędnicy, przedstawiciele firm z branży IT, prasa opłacana przez te firmy i stowarzyszenia zrzeszające przedstawicieli tych firm. Kogoś pominąłem? :-) Co się jednak stanie, jeśli nic z tym nie zrobimy? Kiedy pieniądze z UE się skończą, a – co całkiem prawdopodobne – zabudżetowane już zwroty nie nastąpią? Będziemy bulić kosmiczne podatki od wszystkiego. Wyjazd z kraju, żeby móc żyć godnie, wcale nie jest alternatywą – wszędzie na świecie administracja publiczna ma podobnie, w mniejszym lub większym stopniu.
W każdej skali – lokalnej, krajowej, a nawet globalnej – widać bez dodatkowych przyrządów optycznych, że rozwiązywanie problemów informatyki administracji publicznej w dotychczasowej formule nie sprawdza się. Świat zmierza ku zwiększeniu skomplikowania, co prowadzić będzie – w tej formule – jedynie do zwiększenia złożoności administracji, która nie ma szans być skuteczniejszą. Jeśli współczesne problemy społeczne mają być rozwiązywane, formuła musi ulec diametralnej przemianie. Wiele dowodów na skuteczność rozwiązywania problemów w trybie wikinomics podał Don Tapscott, a ja uważam, że problemy informatyki w administracji publicznej także w ten sposób można rozwiązać, a przynajmniej zmniejszyć ich skalę.

Tak więc…

… zapraszam do bandy każdego, kto chciałby poświęcić trochę czasu pro publico bono, poprawić stan informatyki administracji publicznej i przy okazji spełnić się profesjonalnie. Będę organizował taki ruch i narzędzia do pracy, szukał rozwiązań formalnych pozwalających na prowadzenie tych działań, ewangelizował i namawiał światlejsze urzędy, aby spróbować. Anybody welcome, jak twierdzi Don Tapscott, collaboration, openness, sharing, integrity and interdependence. Czy to pomoże? Nie wiem, ale warto spróbować. Jeśli chcesz się przyłączyć, proszę o kontakt.

Pozostaw komentarz