Coś tu nie gra…

Data: 2012-01-24
Autor: Sebastian Konkol

Nie sposób przejść obojętnie obok tego, co się dzieje w – polskim także – Internecie. Rządy państw skrzyknęły się, żeby cenzurować Internet i w tempie legislacji nieosiągalnym dla „zwykłych” porozumień uzgadniają, podpisują i ratyfikują ACTA. To dość niezwykła sprawa. In general, nie jestem zwolennikiem spiskowych teorii dziejów, ale jestem częściowo professional paranoic, więc czasami fakty mi się kojarzą „same”. Nie wiem, czy rozsądnie, to już musisz ocenić Ty, drogi czytelniku.

Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że politycy zostali „przekonani”, żeby – za pieniądze podatników – bronić interesu koncernów medialnych, wytwórni, Hollywood, czy czego tam jeszcze. I oczywiście, jeśli taka jest prawda, to nie można sobie wyobrazić czegoś podlejszego ze strony polityków, żeby „rękami prawa” bronić złodziejskiego modelu biznesowego, przestarzałego i nie nadążającego za postępem technologii, dodatkowo wyzyskującego artystów jak niewolników. A wszystko pod pretekstem ochrony prawa autorskiego. BTW, prawo autorskie powstało po to, żeby bronić autorów przed takimi właśnie koncernami, ale to już inna historia.

Jednak jakoś coraz mniej chce mi się w to wierzyć, bo przecież to nie są głupi ludzie – nawet ten nasz rząd. Przekręty na taką skalę wyszłyby prędzej czy później, a gniewu nie dałoby się powstrzymać. Niby to bardzo proste wyjaśnienie, chodzi o pieniądze, ale…

Od kilku już lat bardzo interesuję się sieciami społecznymi i możliwościami tworzonymi przez niezorganizowane (czyt. nie zhierarchizowane w sensie struktury korporacji), ale łatwo komunikujące się grupy ludzi. Co potrafią takie grupy? Stworzyć największą encyklopedię (Wikipedia). Usunąć rząd (Filipiny, 2001). Zmieniać ustrój państw (Iran, 2009). Przełamywać cenzurę rządów totalitarnych (Chiny, Birma), wypierać wielkie organizacje „charytatywne” i zabierać biznes Bankowi Światowemu (Kiva), a nawet wypełniać zadania społeczne ignorując przy tym kompletnie powołane specjalnie do tego organizacje państwowe. Przykładów jest wiele i co chwila pojawia się nowy. Można na to patrzeć jak na anarchię na skalę światową, napędzaną komunikacyjną potęgą Internetu – anarchia, która dowodzi bezsprzecznie nieskuteczność systemów państwowych, niemoc rządów i bezsens współczesnej, podtrzymywanej marketingiem politycznym organizacji państw opartych o „demokratyczne” wybory. W ubiegłym roku, kiedy Don Tapscott pisał o sile Internetu jako medium budowania prawdziwych demokracji, napisał, że powszechna dostępność Internetu zapewnia mu siłę, której nic nie powstrzyma. No właśnie – powszechna dostępność.

A co się stanie, jak tej powszechnej dostępności nie będzie? Ludzkość będzie długo jeszcze czekać, zanim znajdzie medium o podobnej sile, a przez cały ten czas status quo obecnych systemów politycznych będzie niezachwiane… Będziemy tkwić w ślepej uliczce i nadal przyglądać się, jaki wysoki mur przed nami.

Może więc właśnie o to chodzi? Rządy dostrzegły, jak dalece może sięgnąć demokracja internetowa i przeraziły się na poważnie? W sumie ACTA powstawało w takiej ciszy medialnej, że aż dziwne. Nie mam nadmiernego szacunku dla redaktorów telewizji, radia, czy prasy (poza nielicznymi wyjątkami), ale nawet ich móżdżki powinny dostrzec problem tkwiący w ACTA – tym bardziej, że Polska ma kilkudekadowe doświadczenia z cenzurą i każdy dorosły powinien być uczulony na wszelkie jej przejawy bardziej, niż ja na głupotę.

Pomijając więc sprawy oczywiste, ACTA dla mnie to poważna sprawa, gdyż nie wiemy, do czego – tak naprawdę – powstało to porozumienie. W tym wszystkim „nieco” wkurza mnie zasłona dymna generowana przez przygłupawych pseudohackerów, a szczególnie już szum medialny robiony wokół blackoutu na serwisach internetowych, jakby to na kimś niby robiło wrażenie. Nie każdy jest Wikipedią! Może więc trochę spokoju, przemyślenia i – póki Internet jeszcze nie jest cenzurowany – spójnego działania przeciwstawiającego się ograniczaniu nas?

Pozostaw komentarz