10-warstwowy model OSI

Data: 2012-01-27
Autor: Sebastian Konkol
10-warstwowy model OSI

Tak, wiem. Model OSI (Open System Interconnection) ma 7 warstw: (1) fizyczną, (2) łącza danych, (3) sieciową, (4) transportową, (5) sesji, (6) prezentacji i (7) aplikacji. Oficjalnie. Ale każdy, kto na poważnie zajmuje się technologiami komunikacyjnymi zna siłę ich wpływu na wszystkie aspekty życia. Tacy ludzie znają rozszerzenie standardowego, 7-warstwowego modelu o kolejne: (8) pieniądze, (9) polityka i (10) religia. Kiedy po raz pierwszy o tym usłyszałem uważałem to za dobry żart – dzisiaj już tak nie myślę. Dlaczego?

Awantura o ACTA zmusza do przemyśleń. Nawet kiedy już się nie chce o tym słyszeć, kiedy półgłówki robią sobie z tego jaja, albo napaleni-nawiedzeni tak przeginają, że całość zaczyna wyglądać absurdalnie. Nawet wtedy coś pozostaje i w podświadomości odbija się po różnych obszarach pamięci. Duża część mojej pamięci wypełniona jest telekomunikacją, stąd zapewne wywołanie 10-warstowego modelu OSI. Już wyjaśniam.

Internet, jak każdy system komunikujących się elementów, został już opisany w zestandaryzowanym modelu OSI. Już kiedy ja studiowałem telekomunikację było to standardowym zadaniem rozgrzewającym do zrozumienia dynamiki systemów komunikujących się intensywnie. Dzisiaj widać wyraźnie, jak potęga komunikacyjna Internetu, osiągnąwszy pewien poziom intensywności, wpływa na wyższe warstwy – pieniędzy, polityki i religii.

Zaczęło się od pieniędzy. Pierwsze było piractwo – tak kradzież czyjejś własności intelektualnej. Zjawisko jest starsze niż niepodległość III RP, a jednak nadal istnieje, nadal „walczy się” z nim w taki sam sposób, a mądrzy biznesmeni (mówię o Apple i iTunes, nie Rapid, Chomik, czy podobne) robią na tym świetny biznes. Później okazało się, że dzięki Internetowi można skutecznie pomagać krajom ubogim (vide Kiva.org). Można też stworzyć na nowo znane branże – crowdfunding pozwala nagrywać debiutanckie płyty artystom, co bez Internetu byłoby praktycznie niemożliwe. Jest też crowdsourcing, dzięki któremu firmy mogą korzystać z pomocy nas, konsumentów, drastycznie redukując swoje koszty na ślepe uliczki R&D i bzdurny marketing. Dla nas oznacza to, że będzie taniej – będzie, prędzej czy później.

Teraz mamy przejrzysty obraz tego, jak Internet wpływa na politykę. W ostatnich wyborach prezydenckich w USA wystartował niejaki Obama, facet bez nazwiska, bez pieniędzy, bez poparcia wielkiego biznesu i do tego afro-amerykanin (obciach…). Ośmielił się rywalizować z absolutnym pewniakiem, niejaką Clinton, kobietą (modne!), z wielkim nazwiskiem, znaną, z poparciem wielkiego biznesu, z ogromnym budżetem marketingowym. I co? Obama skorzystał z potęgi Internetu, zebrał kasę (bardzo drobne kwoty, ale od wielu, wielu ludzi) i wygrał. W Iranie młodzi ludzie wywalczyli sobie zmianę w podejściu reżimu do ich swobód obywatelskich. Na Filipinach doprowadzono do ustąpienia rządu. Internet to potęga! I tego przeraziły się wszystkie rządy, niezdolne do rozwiązywania prawdziwych problemów, ale mający wielkie siły i środki, aby zatrzymać świat w rozwoju, byle tylko utrzymać się stołków.

Cała tajemnica tkwi w tym, że powszechność Internetu podważa jedną z podstawowych zasad społecznych, dotychczas niezmiennych: jeśli coś ma się stać, to musi istnieć jakieś „centrum dowodzenia”, dbające o to „stawanie się”. A to dlatego, że koszty podejmowania każdej decyzji w trybie powszechnego głosowania byłyby nieakceptowalne. Dzięki Internetowi koszt powszechnego głosowania jest pomijalny. Internet sprawia, że biznes i polityka, jakie znamy dotychczas, przestają być potrzebne, a co najmniej stają się tragicznie nieefektywne ekonomicznie, nie mówiąc już o skuteczności działania.

No tak, została nam jeszcze religia… To co, teraz czas na Watykan?

Pozostaw komentarz