Być urzędnikiem, czy być człowiekiem?

Data: 2011-09-20
Autor: Sebastian Konkol
Być urzędnikiem, czy być człowiekiem?

Od miesiąca zbieram się, żeby napisać kolejny wpis w tym blogu, ale nie bardzo mam jak. Od ponad 6 miesięcy pracuję w bardzo ciekawym projekcie. Jedna ze służb wchodzących w skład administracji publicznej w Polsce uzyskała całkiem spore wsparcie unijne, dzięki czemu może dokonać poważnej transformacji swego działania – organizacji procesowej, wsparcia informatycznego, nastawienia na wzrost kraju. Może o tym kiedyś napiszę, jak już będzie się czym chwalić. Tym razem zachowam się jak typowy Polak – będę narzekał.

Kiedy myślę o sobie w kontekście tego, co robię zawodowo, kojarzy mi się obraz mnie jako człowieka z misją. W przypadku tego projektu, który jest tłem dla niniejszego wpisu, jest bardzo podobnie. Pracuję razem z bardzo ciekawym człowiekiem, który spędził spory kawałek swojego życia w strukturach tej służby, a teraz – już jako konsultant zewnętrzny – próbuje pomóc tej służbie stać się dojrzałą i na miarę wymagań nowoczesnej organizacji działania, państwowości i odpowiedzialności za rozwój kraju. Ten niesamowity człowiek zaraził mnie tą swoją misją i – tak, jak on transformuje służbę za pomocą podejścia procesowego – ja wkładam wysiłek we wdrożenie myślenia architektonicznego (w sensie architektury informatyki, korporacyjnej itp.) w życie. W sumie nikomu się to jak dotąd nie udało w polskiej administracji publicznej (a i poza krajem niezbyt to wychodzi), więc mam i adrenalinę, i stracha. Ale nie o tym chciałem. Mam przede wszystkim misję. Gdybym bowiem miał pracować w tym projekcie tylko dla pieniędzy, to pewnie nawet bym nie zaczął (bo płacą marnie), a nawet gdybym zaczął, to uciekłbym po tygodniu z krzykiem. Dlaczego? Oto właśnie będzie sedno mojego narzekania! :-)

W projekcie formalnie mam funkcję doradcy, eksperta – człowieka, który zna się na tym, na czym pracownicy służby się nie znają (i to akurat jest prawdą, nie znają się). Faktycznie jednak, moją pozycję względem służby lepiej oddaje termin „dostawca”. Dostawca dla urzędnika to ktoś, kim można, a nawet należy pogardzać. Urzędnicy szczycą się tym, jak bardzo mogą „przeczołgać” swojego dostawcę. Typowy schemat postępowania jest następujący. Urzędnicy zatrudniają kogoś, kto się na czymś zna, czyli eksperta. Urzędnicy mówią, że się na tym nie znają, bo przecież są urzędnikami, a nie ekspertami i znają się na urzędowaniu. Ekspert zaczyna pracę i realizuje postawione przed nim zadanie, ale niemal natychmiast, jak spod ziemi wyrastają przeuczeni i teoretyzujący do granic możliwości urzędnicy, którzy ekspertowi nakazują robić coś inaczej. Ekspert najpierw tłumaczy, ewangelizuje, odwołuje się do swojego doświadczenia itd. Po jakimś czasie jednak albo unosi się dumą (i zostawia wszystko urzędnikom), albo poddaje się „gwałceniu przez uszy” (już Gombrowicz coś o tym wiedział) – zwykle „motywowany” groźbą braku zapłaty za wykonane prace – i w końcu zaczyna realizować zadania tak, jak sobie tego życzy przeuczony teoretyk wyrosły spod ziemi. Ostateczny efekt prac jest – jak nie trudno się domyśleć – czysto teoretyczny i sprzeczny ze wszelkimi doświadczeniami eksperta, ale przez tego eksperta podpisany. Nie nadaje się ten wynik do niczego, bo czysto teoretyczne rzeczy rzadko sprawdzają się w praktyce, ale postępowanie przetargowe można „odfajkować”, a jakiś przeuczony teoretyk urzędnik jest usatysfakcjonowany. Pieniądze są wydawane na coś, czego wartość praktyczna jest znikoma, a tak naprawdę to coś mógł wykonać ten przeuczony teoretyk, bez wydawania dodatkowych pieniędzy publicznych – wszak stan przeuczenia osiągnął dzięki budżetowi państwa, a praca, którą „wykonał” ekspert szybciej byłaby zrobiona, gdyby przeuczony teoretyk sam to zrobił. Wydawało mi się, że takie zachowanie, jakim przedstawiają się urzędnicy, bardziej pasuje do przedszkolaka, a tu proszę, jakie zaskoczenie – dorośli ludzie tak się zachowują. A prawda jest taka, że urzędnicy bardzo chętnie krytykują, ale żeby za coś wziąć odpowiedzialność, to już nie. Prawo zamówień publicznych jest dla nich tarczą, za którą chowają własną nieodpowiedzialność i marnowanie publicznych pieniędzy. Ale czymże jest interes Polski wobec ambicji przeuczonych teoretyków?…

Bardzo ciekawym elementem współpracy z urzędnikami jest przejście przez odbiór wyników prac, czyli kontredans zwany procedurą odbiorową. Wygląda to tak, że efekt prac (trywializując sprawę, jakiś dokument) rozsyłany jest przez urzędnika wiodącego do wszystkich innych urzędników, którzy mogliby mieć coś do powiedzenia w tej sprawie (choćby i – cytując Kobuszewskiego – „kiełbasa śmierdzi”). Zwykle więc kilkadziesiąt osób wkłada ogromny wysiłek, żeby przeczytać i złożyć uwagi. Starają się bardzo, bo część musi się wykazać należytą starannością, a część – po prostu wykazać. Na koniec urzędnik wiodący składa to wszystko do kupy, a że nie bardzo rozumie, co napisali poszczególni „recenzenci”, skleja wszystkie uwagi razem i w ten sposób oddaje wynik „recenzji” dokumentu. Efekt? Do dokumentu o objętości 20 stron pojawia się 200 uwag, z których część się pokrywa (choć są zupełnie inaczej napisane), część jest sprzecznych między sobą, a część jest w ogóle nie na temat. Ponieważ dodatkowo uwagi nie są imienne (autor uwag to „zespół odbiorowy”), zgłaszanie uwag ma charakter bliższy anonimowym wpisom na forach dyskusyjnych, niż kulturalnej dyskusji merytorycznej. Skoro jednak do każdej uwagi można się jakoś odnieść, to złożenie odpowiedzi umotywowanej powinno zamknąć sprawę, prawda? Otóż nic podobnego. Zamknięcie w jednym „obrocie” procedury jednych spraw powoduje znalezienie innych uwag, wcześniej nie wskazanych, ale złożonych do części dokumentu, która nie podlegała zmianie. Wszelkie dobre praktyki procedur odbiorowych wskazują, że takie zachowanie jest niedopuszczalne. Urzędnicy jednak twierdzą, że to jest efekt należytej staranności – skoro dostrzegają coś, to muszą to wskazać. Prawda jest jednak taka, że dowodzą w ten sposób nienależytej staranności, skoro wcześniej nie zauważyli tego problemu. Dodatkowo, w tym kolejnym obrocie część recenzentów nie zgadza się z efektami uwzględnienia wcześniejszych uwag i żądają zmian sprzecznych z wcześniej żądanymi zmianami. Okazuje się więc, że procedura odbiorowa przekształca się w dyskusję pomiędzy dziesiątkami recenzentów, którą to my, twórcy dokumentu, musimy moderować. Szkoda tylko, że nie mamy możliwości porozmawiać z autorami sprzecznych uwag (bo są one anonimizowane) i że każdy „obrót” procedury trwa niemal miesiąc – a wszystko to na nasz koszt, bo to przecież my musimy doprowadzić to towarzystwo do stanu zgodności. Rzecz jasna, formalne zobowiązania zapisane w umowie z urzędem nakazują urzędnikowi wiodącemu scalić i uspójnić zgłaszane uwagi oraz poddać je wewnętrznej procedurze QA. Reguły jednak – bez względu na precyzję i niezaprzeczalność ich udokumentowania – obowiązują jedynie dostawców, bo urzędnicy mogą je łamać, kiedy tylko mają na to ochotę. „I co mi pan zrobisz, nie mam pańskiego płaszcza”… Rzecz jasna, niestosowanie się urzędników do procedury odbioru produktów prac powoduje, że zwiększa się nasza pracochłonność, co w oczywisty sposób przekłada się na wyceny kolejnych prac. Ergo, nie stosując się do tej procedury urzędnicy marnują publiczne pieniądze – nie tylko więc nie wykazują się należytą starannością, ale wręcz wykazują się ostentacyjnie niegospodarnością. A najciekawsze jest to, że jeśli wziąć pod uwagę porównanie wielkości zespołu wykonującego usługę (po naszej stronie) i „weryfikującego” (po stronie urzędu) oraz koszty usługi porównać z sumaryczną kwotą dodatków (urzędnicy oddelegowani pracy w projekcie dostają dodatki za każdy miesiąc „uczestnictwa”) „przebąblowanych” na kilkumiesięczne procedury odbiorów to okazuje się, że – mimo braku kompetencji po ich stronie do kwestionowania naszych, eksperckich opinii – znacznie więcej publicznych pieniędzy jest wydawanych „na urzędników” w związku z odbiorem, niż „na nas” w związku z wytworzeniem produktu. Czyż to nie jest paranoja?

Przez pewien czas niemalże straciłem wiarę w rozwój Polski. Przy takim nastawieniu urzędników (nawet tych młodych, którzy jeszcze nie sięgnęli trzydziestki!) nie ma ten kraj najmniejszych szans. Pieniądze będą marnowane, a urzędnicy będą wyłącznie szukali dowodów na to, że się nie da i że to nie ich wina. Poza tym, mam normalne, codzienne zadania zapewnienia bytu rodzinie – i ciężko mi to zrobić, kiedy urzędnik (ignorując wszelkie obowiązujące go zasady i ustalenia formalne) za punkt honoru stawia sobie nie rozwiązanie problemu, ale przeciąganie w nieskończoność odbioru. Brutalna prawda jest taka, że duża część urzędników to merytorycznie miernoty, a przy tym frustraci nadający się na intensywną terapię, albo też ludzie bez sumienia, którym zależy jedynie na dodatku, „braniu za udział”.

Czy więc bycie urzędnikiem w polskiej administracji publicznej zwalnia już od bycia człowiekiem?

Muszę jednak (z zadowoleniem) powiedzieć, że na szczęście nie wszędzie tak jest. Są urzędy, w których można nawiązać partnerską współpracę i obie strony traktują się z szacunkiem – pracowałem dla takich urzędów całkiem niedawno i kultury współpracy, jaką tam zastałem, mogłyby się uczyć firmy komercyjne. Ta wiara, że jednak może być inaczej trzyma mnie w kraju i nakazuje dawać się zarażać misją – walczę więc dalej!

komentarzy 5 dla

  1. koles napisał(a):

    Czy człowiekiem z misją jest człowiek z firmy 4pi? bo jak tak to nie ładnie chwalić kolegę z firmy która panu płaci.
    Narzekać zawsze można skoro bierze się tyle kasy za marne efekty doradcze.

    „Sfrustrowana miernota”

  2. Sebastian Konkol napisał(a):

    Miło mi, że mojego bloga czyta ktoś z tej właśnie gałęzi polskiej administracji publicznej. Szkoda, że – zgodnie ze standardami obowiązującymi u Państwa – jak zwykle podpis nieczytelny. To jest blog, a nie forum dyskusyjne do opluwania bez odpowiedzialności. Jeśli nie jest Pan / Pani na tyle odważny / odważna, aby się podpisać, proszę się łaskawie przenieść na forum.gazeta.pl.

  3. Sebastian Konkol napisał(a):

    Przez pewien czas ten post był niedostępny. Winien jestem wyjaśnienie, powodów dla zawieszenia wpisu oraz jego dzisiejszego „odwieszenia”. Ponieważ jedyny choć odrobinę wiarygodny podpis autora głosił „Sfrustrowana miernota”, to w taki sposób będę tytułował interlokutora, choć być może nie jest to jedna osoba.
    Kilka dni po opublikowaniu tego wpisu (nazajutrz po komentarzu „Sfrustrowanej miernoty”) „w środowisku zawrzało” i „kanałami dyplomatycznymi” przekazano mi „wyrazy niepokoju”. Uznałem, że ktoś mógł się poczuć uważony, a że nie miałem możliwości przysiąść do wpisu, to go po prostu zawiesiłem. Niestety, moje intencje zostały opacznie odczytane, a wnioskuję to po wiadomościach, jakie otrzymałem przez mechanizm kontaktu mojego bloga. Obie te wiadomości załączam poniżej.

    Dlaczego Pan usunal wpis dotyczacy e-cla? Byl wprawdzie dosc jednostronny ale zwracal uwage na problem modernizacji SC. Szkoda, ze „czlowiek z misja” boi sie wyrazic wlasne zdanie.

    Akismet Spam Check: passed
    Wysłane z (adres IP): 95.41.232.214 (apn-95-41-232-214.dynamic.gprs.plus.pl)
    Data/Czas: 2011-09-28 08:48
    Przesłano ze strony: http://blog.twistersolve.pl/kontakt/
    Informacje systemowe Użytkownika: Mozilla/5.0 (X11; U; Linux armv7l; pl-PL; rv:1.9.2.3pre) Gecko/20100723 Firefox/3.5 Maemo Browser 1.7.4.8 RX-51 N900

    Witam
    Niestety jak się już coś wpisze do ‚Sieci’
    to pozostanie :

    http://webcache.googleusercontent.com/search?hl=pl&gs_sm=s&gs_upl=146901l146901l0l147774l1l1l0l0l0l0l0l0ll0l0&q=cache:2vj9ImgHtG0J:http://blog.twistersolve.pl/2011/09/byc-urzednikiem-czy-byc-czlowiekiem/+byc-urzednikiem-czy-byc-czlowiekiem&ct=clnk

    ale to ekspert IT powinien wiedzieć a nie bezmyślny urzędnik SC.
    Pozdrawiam

    Akismet Spam Check: passed
    Wysłane z (adres IP): 145.237.108.46 (ip-108-46.mofnet.gov.pl)
    Data/Czas: 2011-09-28 09:16
    Przesłano ze strony: http://blog.twistersolve.pl/kontakt/
    Informacje systemowe Użytkownika: Mozilla/4.0 (compatible; MSIE 7.0; Windows NT 6.0; SLCC1; .NET CLR 2.0.50727; InfoPath.2; .NET CLR 3.5.30729; .NET CLR 3.0.30618; FDM)

    Z tego, co mi wiadomo, wydobyty przez „Sfrustrowaną miernotę” z archiwum Google wpis obiegł cały kraj, więc nie widzę dalej sensu zawieszania go.
    Kilka moich komentarzy:

    Nie boję się wyrażać swojego zdania. Przepraszam, że wykazałem się ludzkim odruchem i zawiesiłem ten wpis. To się więcej nie powtórzy – żadnych ludzkich odruchów.
    * „Człowieka z misją” już nie ma. Nie mam zamiaru walczyć z przekonaniem „Sfrustrowanej miernoty” o jego wyższości (bo jest urzędnikiem) – niestety w konsekwencji nie będę szafował swoim zdrowiem dla dobra kraju, pomimo zachowań urzędników, spośród których opisane we wpisie nadają się jeszcze do publikacji (w odróżnieniu do pozostałych, o których obawiałbym się już pisać).
    * Parafrazując, „w sieci” nikt nie jest anonimowy, a informacje przekazywane publicznie pozwalają identyfikować autora bardzo precyzyjnie. Ocenę kompetencji IT „Sfrustrowanej miernoty” pozostawiam więc czytelnikom, a „Sfrustrowana miernota” nie musi się ujawniać – już wszystko wiadomo.
    * Szkoda, że – w czasie pracy opłacanej z naszych podatków, a więc także przeze mnie – urzędnik zajmuje się poszukiwaniem wpisów w archiwach, zamiast dbać o interes naszego kraju. Z drugiej strony, nie wiem, dlaczego mnie to dziwi…
    * Pragnę wyrazić wdzięczność „Sfrustrowanej miernocie” za wysiłek marketingowy włożony w propagowanie mojego bloga – liczba dziennych wizyt wzrosła dwukrotnie i pozostaje na tym poziomie.

  4. Marek Jagła napisał(a):

    Nie pracuję w żadnej instytucji publicznej aczkolwiek mam przyjemność współpracować z kilkoma . Moje spostrzeżenia w sporej części pokrywają się, niestety z Twoim wpisem. Od siebie dodam, że daleki jestem od jasnego wskazywania przyczyn a tym bardziej sposobów leczenia niektórych zachowań opisanych czy tez raczej zaniechania pewnych oczekiwanych zachowań. Nie usprawiedliwiam anonimów ale sytuacja przypomina trochę znaną scenkę z filmu „Killer”, Machulskiego gdzie komisarz Ryba w rozmowie z przełożonym słyszy kawał:”…na mieście mówią, że można dać milicjantowi w mordę bezkarnie. Nie odda – bo się boi”. Ryba ripostuje:” nie boi się tylko przepisy krępują…”. I w dużej mierze to jest powód takiego a nie innego podejścia do wielu spraw. Inna sprawa, że najczęściej brakuje ludzi w urzędach, którzy mają wolę aby z tym walczyć. Bo można.

  5. Sebastian Konkol napisał(a):

    Hmm… Nie kumam. W czym przepisy krępują? W kierowaniu się interesem kraju? W posiadaniu sumienia i zdrowego rozsądku? Zabraniają odmawiania przyjmowania łapówek? Prawdziwy powód jest taki, że urzędnik jest nastawiony na trwanie i wyłącznie na trwanie. Reszta to działania pozorujące. Zmiana dla urzędnika to koszmar i ogromne ryzyko. A odpowiedzialność, to już jest termin z kategorii „nie do pomyślenia”. Nie interesuje ich nic poza własnym bezpieczeństwem. Nic.

Pozostaw komentarz