Przyszłość (biznesu) telekomunikacji

Data: 2009-11-14
Autor: Sebastian Konkol

W ostatnich kilku tygodniach miałem tzw. ciekawe doświadczenia z jednym operatorem telefonii stacjonarnej i jednym mobilnym. Nie chodzi o konkretne sprawy, w jakich przyszło mi się potykać z tymi wielkimi firmami, więc nie będę wchodził w szczegóły. Jedna z tych firm postanowiła mnie potraktować tzw. drobnym drukiem, a z ust sprzedawcy drugiej usłyszałem „czy się to panu podoba, czy nie”. W pierwszym przypadku postanowiłem nie odpuścić. W drugim, pani niewątpliwie miała rację, ale taki tekst do klienta świadczy o stosunku do niego. Krótko mówiąc, firmy telekomunikacyjne mają konta bankowe pełne pieniędzy i świetne samopoczucie. Niedługo przed tymi zdarzeniami rozmawiałem z kilkoma osobami odpowiedzialnymi za rozwój produktów w firmach telekomunikacyjnych, a dokładnie u operatora telefonii mobilnej. Obraz sytuacji, jaki oni przedstawiali, odsłaniał nieco inną rzeczywistość tego rynku. Postanowiłem więc nieco głębiej się zastanowić nad tym, co się dzieje w branży usług telekomunikacyjnych, a wyniki znajdziesz, Drogi Czytelniku, poniżej.

Choć dzisiaj usługi telekomunikacyjne są bardzo rentownym biznesem, choć wymagającym zwykle potężnych nakładów na budowę infrastruktury, sytuacja tych firm wcale nie jest taka dobra, jak wydawałaby się na pierwszy rzut oka. Część ekspertów wieszczy nawet, że w perspektywie dekady firmy telekomunikacyjne, jakimi znamy je dzisiaj, przestaną mieć rację bytu. Podstawowy produkt technologii telekomunikacyjnych, długodystansowa dwukierunkowa łączność głosowa, staje się towarem dostępnym taj powszechnie, jak dobra FMCG. Jedynym obecnie polem działań konkurencyjnych dla tak zdefiniowanego, zamkniętego funkcjonalnie produktu jest obniżanie cen. Ten sam trend dotyka zarówno rynku telekomunikacji stacjonarnej jak i mobilnej. Zbiór podstawowych produktów mobilnych obejmuje także komunikację tekstową (SMS), ale – choć pomaga to nieco – nie ratuje sytuacji rynkowej tych firm. Zarówno telekomunikacja stacjonarna jak i mobilna pokłada wielkie nadzieje w masowym świadczeniu usług szerokopasmowego przesyłu danych, lecz tu także widać podobne, „złowieszcze” symptomy. Od wielu lat trwają gorączkowe poszukiwania nowego, podstawowego produktu telekomunikacji o zasięgu i sile porównywalnych z przekazem głosu, wiadomości tekstowych, czy szerokopasmowej transmisji danych. Poszukiwania te lokowane są w różnych obszarach i choć część z wyników budzi uzasadnione nadzieje, to większość z nich okazuje się tworzyć rozwiązania bardzo niszowe i – tak naprawdę – istotnie oddalone od rzeczywistych potrzeb klientów en masse.

Ani telekomunikacja stacjonarna, ani mobilna nie dopracowała się produktu, który mógłby pociągnąć ten biznes przez kolejne lata. Opłaty za połączenia głosowe nieuchronnie zbiegają w kierunku tzw. flat fee, czyli opłaty stałej, niezależnej od ilości prowadzonych rozmów. Co ciekawe, w Polsce rozmowy prowadzone z telefonu stacjonarnego są już dzisiaj droższe, niż z komórkowego – zarówno ze względu na wysokość abonamentu, jak i koszty połączeń z telefonami komórkowymi. Opłaty za dostęp do Internetu już jakiś czas temu wpadły w taki mechanizm rozliczania. Można więc powiedzieć, że telefon stacjonarny zaczyna być luksusem dla miłośników telekomunikacji na przykład takich, jak ja. :-)

Cóż więc czeka telekomunikację stacjonarną? Najprawdopodobniej, po przejściu konwergencji usług wyrażanej czasami skrótem NGN (Next-Generation Network), stanie się po prostu dostawcą Internetu oraz innych usług świadczonych w oparciu o takie same mechanizmy, np. połączeń głosowych, wideo, telewizji, czy wideo na żądanie. Ponieważ takie firmy będą dysponować własną infrastrukturą, będą mogły gwarantować jakość usług, czego nie uda się osiągnąć w tzw. publicznym Internecie. Odnośnie telefonii mobilnej, to najprawdopodobniej zastąpi ona zupełnie telefon stacjonarny terminalem o wyższej jakości działania i większym zakresie usług, a przede wszystkim usunie problem ostatniej mili, czyli najdroższego fragmentu infrastruktury telekomunikacji stacjonarnej. Trudno w tej chwili wyrokować, czy nowe standardy transmisji danych w sieci bezprzewodowej (LTE, Long-Time Evolution) sprawią, że możliwa będzie bezprzewodowa transmisja danych z prędkościami rzędu dziesiątek Mb/s. Jeśli tak, to podział między telefonią stacjonarną a komórkową zamieni się w podział między siecią szkieletową a siecią dostępową – obecni operatorzy sieci stacjonarnych będą zapewniać przesył danych między węzłami wewnątrz sieci w całym kraju gwarantując jakość usług, a obecni operatorzy sieci komórkowych zapewnią dostęp użytkowników. I może wreszcie zaczną ze sobą współpracować.

No tak, ale przecież firmy telekomunikacyjne zawsze miały ogromne ambicje dostarczania kompletnych rozwiązań i zawsze wzdrygały się na myśl o pozwoleniu innym na sprowadzenie tych firm do roli rury z danymi. Tylko, że świat jakoś specjalnie nie przejmuje się tymi deklaracjami a budowanie usług już dawno stało się łatwiejsze i znacznie tańsze w domenie systemów informatycznych. Jeśli więc gdzieś poszukiwać nadziei dla rozwiązań telekomunikacyjnych, to nie w bogactwie usług dodanych (bo ich tworzenie przeniesie się nieuchronnie do sfery komputerów i Internetu), ale właśnie w gwarancji świadczenia fundamentalnych usług komunikacji na odpowiednim, oczekiwanym poziomie jakości, bo z tym technologia informatyczna nie umie sobie nijak poradzić. Telekomunikacja będzie więc trwać przez jeszcze co najmniej tyle lat, ile już przetrwała. Jeśli w porę dostrzeże tę nieuchronność, przestanie udawać, że ma na ten proces znaczący wpływ i może nie pozwolić na sprowadzenie się do roli „rury do transmisji danych”, będzie miała na to wpływ. Jeśli nie dostrzeże w porę, świat dokona tej przemiany sam.

Można postawić jednak „podchwytliwe” pytanie, dlaczego firmy telekomunikacyjne nie mogą być twórcami i właścicielami rozwiązań usługowych, nawet jeśli będą to rozwiązania bardziej informatyczne, niż telekomunikacyjne? Tu ujawnia się podstawowy problem firm telekomunikacyjnych, których objawem jest zachowanie przedstawicieli i pracowników tych firm wobec klientów – takie, jak przytoczone przeze mnie na początku. Telekomy są bowiem zbyt ociężałe, aby wytwarzać usługi i dostosowywać się w porę do zmian potrzeb użytkowników tych usług. Cierpią one na ogromny narzut procesów decyzyjnych, obciążenie dużymi grupami wymagającymi przeszkolenia, wreszcie przyzwyczajenia pracowników do pewnego stylu pracy. Wszystko to sprawia, że szybkość reakcji większości firm telekomunikacyjnych jest o co najmniej rząd wielkości za mała, więc będą one stanowić ograniczenie i blokadę dla rozwoju usług. Teorie zarządzania, w swej mądrości pozytywnie zweryfikowanej w praktyce innych branż, dopracowała się rozwiązań takich problemów. Właściwym rozwiązaniem jest tu przejście do specjalizacji i robienia tego, na czym dobrze zna się firma telekomunikacyjna. Tym samym, taka firma pozwala na powstanie łańcucha wartości, w którym partnerzy telekomów będą tworzyli usługi tak szybko, jak rynek będzie tego wymagał, świadcząc je w nowoczesnych modelach (SaaS, Software as a Service). Firmy telekomunikacyjne będą realizowały część tej obsługi. W takim środowisku usług będzie przybywać, a firmy telekomunikacyjne będą spokojnie ewoluować w kierunku pełnej konwergencji IP.

To na czym tak naprawdę znają się duże firmy świadczące usługi telekomunikacyjne? Ich podstawowe umiejętności są bardzo proste: umieją zapewnić transmisję danych o takiej jakości, jaka jest wymagana oraz potrafią zorganizować dobrą (przynajmniej organizacyjnie) obsługę klienta masowego – sieć sprzedaży, rozliczenia, obsługa zgłoszeń itd. To są właśnie te kompetencje, które najtrudniej wytworzyć firmom budującym usługi. Synergia jest więc tutaj niemal oczywista, a wszystkie scenariusze rozwoju rynku telekomunikacyjnego zbiegają się właśnie do takiej synergii. Tylko czy telekomom „będzie się chciało” funkcjonować w takim rynku? Pytanie jest nieuzasadnione, bo to nie firmy telekomunikacyjne decydują o tym, co i jak robią – to my, użytkownicy usług o tym decydujemy.

Power to the People!

Pozostaw komentarz