Spiskowa teoria buły, czyli o zagadnieniach Release Management

Data: 2009-09-23
Autor: Sebastian Konkol

Długo zastanawiałem się, czy warto pisać o takich zagadnieniach, gdyż cała tematyka dotyczy wewnętrznej organizacji IT, nie zaś budowania biznesu per se. W końcu uznałem, że warto o tym napisać – po części dlatego, że zmagałem się z takimi zagadnieniami w kilku miejscach, a po części dlatego, że konsekwencje braku regulacji i rozwiązań w tym obszarze miewają wydźwięk zdecydowanie biznesowy, w większości przypadków negatywny, na pograniczu katastrofy. Rzecz dotyczy zarządzania wprowadzaniem zmian do systemów informatycznych firmy w taki sposób, który nie będzie miał odczuwalnych konsekwencji biznesowych.

Ustalmy zatem najpierw przedmiot rozważań. Firmy, szczególnie te większe, posiadają wiele różnych systemów informatycznych, które w taki czy inny sposób wspomagają przeróżne obszary działania tychże firm. Są to systemy ERP, hurtownie danych, systemy obsługi klienta, systemy rozliczeniowe, systemy zarządzania produkcją i logistyką, serwisy Intranet, bazy danych i wiele, wiele innych lub specjalizowanych. Poszczególne te systemy są powiązane między sobą w różny sposób. Żeby nie utrudniać sobie życia, stosując terminologię zaczerpniętą z nauk biologicznych, sumę systemów informatycznych i ich powiązań przyjęło się nazywać środowiskiem systemów informatycznych firmy, ekosystemem informatycznym lub w skrócie środowiskiem informatycznym. Skuteczne prowadzenie działalności wymaga zwykle sprawności działania większości z tych systemów, a „w dobie gospodarki elektronicznej i w czasach biznesu on-line coraz częściej oznacza to dostępność w trybie ciągłym (tzw. 24/7). Mimo różnych wysiłków testów i walidacji, każda zmiana dowolnego elementu tego środowiska łączy się z pewnym ryzykiem niedostępności tego elementu, co w prosty sposób prowadzi do wniosku, że każda zmiana ma potencjalnie wpływ na jakość prowadzenia biznesu firmy.

Czytaj więcej »

„Kult amatorów”

Data: 2009-09-01
Autor: Sebastian Konkol

Od jakiegoś czasu, czytając i słuchając o potędze mądrości tłumu (Wisdom of a Crowd) czułem, że coś z tym jest nie tak. Nie, żebym dyskredytował ruch społeczny wywodzący się z idei Open Source i spiskował przeciwko nim. Po prostu cały ten zachwyt jakby nie był wyważony – był bardzo jednostronny i wyłącznie pozytywny. Przecież to nie jest możliwe, żeby żaden krytyk nie znalazł niczego złego w czymś, co dla wszystkich jest po prostu świetne! :-) Ostatnio natrafiłem na publikację prezentującą to zdanie odrębne, „Kult amatorów” (Andrew Keen, “The Cult of the Amateur: How blogs, MySpace, YouTube, and the rest of today’s user-generated media are destroying our economy, our culture, and our values”, Broadway Business, 2008, ISBN: 0385520816). Choć jestem daleki od przeistoczenia się w wyznawcę tez poruszanych w tej książce, to stanowi ona dla mnie właśnie to, czego brakowało mi wcześniej, a obok tych tez nie sposób przejść obojętnie. Nie chcąc psuć intelektualnej rozrywki, podsunę tylko kilka z prezentowanych tez. Mam nadzieję, że zabrzmi to wystarczająco interesująco, abyś – Drogi Czytelniku – sięgnął sam po tę książkę.

Bazując na niezbyt zaawansowanych metodach rachunku prawdopodobieństwa można przyjąć, że gdyby wyposażyć nieskończoną liczbę małp w maszyny do pisania, to po upływie odpowiednio długiego czasu, w którym małpy te bezmyślnie tłukłyby w klawisze swoich maszyn, wśród wyników ich „twórczości” mogłyby się znajdować dramaty Shakespeare’a czy traktaty filozoficzne Platona. Takie jest właśnie podstawowy punkt odniesienia „Kultu amatorów”. Na pierwszy rzut oka cool, ale w rzeczywistości jednak coś takiego ma znacznie dalej idące konsekwencje. Wszak nieskończona liczba małp może wystukać na swoich maszynach do pisania nieskończoną liczbę bzdur. Jak więc odnaleźć wśród nich jedną perełkę Shakespeare’a czy Platona, a przede wszystkim, kto u diabła miałby odróżnić takie dzieło od innego bełkotu, nie mówiąc już o przekonaniu pozostałych o wyższości swojego znaleziska nad nieskończonością innych „znalezisk”? Taka konstatacja jest podstawą dla prawdziwej pułapki powszechnej twórczości tłumów, a konsekwencje są poważne i sięgające sfer, w których byśmy ich nie podejrzewali. Skoro „wszyscy” piszą, to kto (i kiedy) będzie czytał? A przede wszystkim, skoro wszyscy piszą, to duża część z tego – choć nie tak przytłaczająca większość, jak w przypadku twórczości małp – będzie bełkotem (sic!). No tak, ale miało być o tezach i konsekwencjach, więc do rzeczy.

Czytaj więcej »