O informatyce stosowanej i informatykach-praktykach

Data: 2009-04-18
Autor: Sebastian Konkol

Jakąś część czasu poświęcanego na zarabianie na życie spędziłem pracując dla organizacji IT w różnych firmach. Trochę nazbierało mi się przemyśleń ogólnej natury i spróbuję je tu przelać.

Przede wszystkim, sprawa dotyczy informatyki stosowanej, czyli takiej, która „uprawiana” jest w firmach przez informatyków-praktyków. Jest to o tyle istotne, że trzeba odróżnić ich od naukowców zajmujących się gałęzią nauki o nazwie informatyka, czyli nauki o przetwarzaniu informacji. Cała dziedzina informatyki, zarówno tej naukowej jak i uprawianej praktycznie, jest raczej młoda. Piszę „raczej”, bo są młodsze gałęzie wiedzy człowieka (np. bionanorobotyka, dzięki Tomek), ale informatyka jest nadal na tyle młoda, że nie posiada standardów przemysłowych oraz stabilności sądów i przekonań opartych na ogólnych zasadach sensowności i bezsensowności. Dla przykładu, w budownictwie takie standardy istnieją i budowniczowie raczej starają się zbudować fundamenty zanim zabiorą się za ściany i dach. W informatyce stosowanej takich wyznaczników brak – nie ma zdrowego rozsądku, który oddzielałby rzeczy śmiałe od (nie przymierzając) głupich, a przynajmniej „o sensie ograniczonym”. Jest też inny czynnik wpływający na taki stan rzeczy – wielkość nakładów finansowych. Informatyka stosowana to dziedzina chora na duże pieniądze, a więc wystawiona na duże wpływy i naciski z różnych stron. Ten brak standardów zdrowego rozsądku sprawia, że brak jest perspektywy, punktu odniesienia, które pozwalałyby na świadomą ocenę Kolejnej Wielkiej Technologii, jaką proponuje ten czy inny dostawca tej Wielkiej Technologii oraz całego szeregu poprzednich, z których każda miała być o niebo lepsza niż poprzednia. Efekt? Nowinki są łatwo przyjmowane, niemal bezkrytycznie. Z komercyjnego punktu widzenia jest to studnia bez dna, ale o tym nie chcę pisać. :-)

Duża część wysiłku informatyków praktyków w dzisiejszych czasach jest przeznaczana na wędrówki między jedną a drugą technologią. Nazywane jest to różnie – upgrade, integracja, konsolidacja i takie tam – najnowszy zbiór aktualnie akceptowalnych nazw można znaleźć w nagłówkach czasopism branżowych. Ta ucieczka w coraz to nowsze rozwiązania technologiczne przesłania fundamentalną niemoc informatyków i informatyki sprostania wymaganiom czasów – informatyka wygenerowała z siebie tak ogromną złożoność, że sama potrzebuje narzędzi – nomen omen – informatycznych, aby sobie z tą własną złożonością jakkolwiek radzić podczas kolejnych upgrade’ów, integracji i konsolidacji. Widywałem już strategiczne przedsięwzięcia biznesowe w poważnych firmach, które za główny cel stawiały sobie doprowadzenie procesu wdrożenia systemu informatycznego do stanu, w którym przejdzie on testy z akceptowalnym poziomem błędów. No comments. Trzeba też nadmienić, że często braki metodyczne inżynierów (w sferze merytorycznej) i kierownictwa (w sferze zarządczej) organizacji informatyki zastępowane są butą i bezczelnością, miejsce sprawności w zarządzaniu wypełnia kłamstwo, kombinatorstwo i ucieczka od odpowiedzialności, a nad wszystkim tym „czuwa” nieuzasadnione poczucie wyższości informatyków wzmacniane jeszcze przez niezrozumiałe dla mnie poddaństwo biznesu. To ostatnie wynika prawdopodobnie z tego, że gdyby strona biznesowa chciałaby móc weryfikować różne deklaracje i stanowiska informatyków, musiałaby się edukować w tym samym tempie, co (a) uniemożliwiłoby im wypełnianie swoich, biznesowych obowiązków, a (b) zmieniłoby ich postrzeganie świata na tyle, że upodobniłoby ich to do informatyków. Oczywiście nie wszystkie organizacje IT tak wyglądają i funkcjonują, ale w większości z nich wykrywałem takie przesłanki.

Należy sobie zdać sprawę z jednego paradoksu. Od jakiegoś czasu technologia informatyczna w sferze informatyki stosowanej rozwija się dla samej siebie. Obecny poziom rozwoju jest tak wysoki, że nie stanowi ograniczenia dla realizacji rzeczywistych pomysłów biznesowych. Napisałem „rzeczywistych”, bo w parze z butą informatyków idzie chęć wymagania cudów – często potrzeby werbalizowane przez stronę biznesową są tak wydumane, że ciężko im sprostać. W przeważającej liczbie sytuacji za takim określanymi wymaganiami stoi jednak lenistwo strony biznesowej i chęć wymagania wszystkiego, czego się tylko da – a nóż coś się przyda w przyszłości, kto wie… Na marginesie, słuchając niektórych dyskusji między przedstawicielami IT i przedstawicielami biznesu nie jest prosto ustalić, co jest biznesowe, a co techniczne. Według biznesu ustalenie np. progów, po których zmieniają się stawki opłat za połączenia głosowe w sieci telefonicznej to sprawa techniczna. W zamian „biznesowe” – w rozumieniu specjalistów od IT – jest wszystko to, czego nie chce im się zrozumieć podczas prac nad systemem (najlepiej wszystko to, co nie jest zapisane w kodzie programu).

Na domiar złego istnieje także ciągły proces dewaluacji znaczenia profesji informatyka, postrzeganej powszechnie. Nawet oddzielając rzemiosło od nauki, informatyk-rzemieślnik kojarzy mi się z kimś wykształconym w kierunku przetwarzania informacji, znającym teorię budowy systemów operacyjnych, podstawowych klas systemów aplikacyjnych, algorytmów i struktur danych oraz teorii z nimi związanych (np. wyżarzania komiwojażera :-)). Krótko mówiąc, informatyk to ktoś, kto potrafi skonstruować system informatyczny. W powszechnym zrozumieniu profesja ta nabiera jednak od jakiegoś czasu bardziej „aplikacyjnego” znaczenia, według którego dość powszechnie „informatyk” to jednak ktoś, kto (przepraszam, nie chcę obrazić) księgowej potrafi wskazać, jak korzystać z formuł w arkuszu kalkulacyjnym lub sędziego nauczy jak wykorzystać style w edytorze tekstów. Per analogia, posiadacza prawa jazdy kat. B moglibyśmy nazywać mechanikiem samochodowym lub – czemu nie – konstruktorem! Jeszcze chwilę i każdy, kto odróżnia klawiaturę komputera od zapachu bzu będzie nazywany informatykiem…

Od kilku lat nie są wdrażane „przełomowe” zmiany w technologiach przetwarzania danych w firmach, a jedynie zwiększana jest skala prowadzonej obróbki (np. wolumen danych). Nadal realizowane są „głupie” aplikacje współpracujące ze „starymi” bazami danych i rośnie pula często wykorzystywanych, pseudonaukowych terminów (np. cloud computng) związanych co prawda z szumem informacyjnym realizowanym przez tych czy innych dostawców Wielkich Technologii (ostatecznie, czymś trzeba się odróżniać od innych dostawców), ale mających jedynie wątłe lub wręcz żadne fundamenty teoretyczne. Nauka o informatyce, czyli to coś, co robią na uniwersytetach, poszła do przodu i powstają nowe jakościowo koncepcje, tylko z jakiegoś powodu nie są one wdrażane na szerszą skalę. Stosunkowo niedawno jeden odważny (niejaki Nicolas Carr) „wygarnął” wieszczom od trendów rozwoju informatyki sprowadzając ich do gniazdka z prądem elektrycznym. Wywołał tym niemałe oburzenie „środowisk”, ale przynajmniej częściowo przyznano mu rację. Okazało się, że rzeczywiście, część informatyki stosowanej to takie samo narzędzie, jak ołówek, cep czy szczotka do butów. Te narzędzia można, rzecz jasna, upiększać, ale wiemy, że mają być po prostu tanie i funkcjonalne. Część zastosowań narzędzi informatyki daje jednak prawdziwą innowację – podkreślam „zastosowań”, a nie narzędzi. To w zastosowaniach leży postęp i możliwości rozwoju, ale tak szybko, jak zastosowanie się upowszechni, należy przestać się nim zajmować w trybie cudu, tylko korzystać z niego jak z każdego innego narzędzia. Cóż, taki los innowacji. Powinno tak być, ale niestety nadal jest za dużo szumu wobec samej technologii, a stawianie jej jako cel sam w sobie zamiast jako narzędzie jest dość powszechne, więc wszelkie zdroworozsądkowe podejścia będą skutecznie zagłuszane.

Wszystko to sprawia, że doradzanie specjalistom od technologii jak zarządzać technologią – zarządzać, czyli świadomie kierować wysiłek organizacji tak, aby realizować cele pozostające w zgodzie z celami biznesowymi firmy (tymi prawdziwymi, a nie w rozumieniu IT) – jest nudne i niewdzięczne. Taką działalność prowadziłem przez wiele lat i z satysfakcją z wysiłku było różnie. Doradzanie biznesowi jak wykorzystać technologię jest trudniejsze, bo trzeba wiedzieć więcej i więcej umieć, ale wdzięczne. Kiedy już taki partner w dyskusji przekona się, że można i warto mi ufać, zaczyna mówić po swojemu, czyli po biznesowemu i na nagle okazuje się, że mówimy tym samym językiem. Widziałem to zaskoczenie już kilka razy i muszę przyznać, że robi to na mnie wrażenie za każdym razem.

Informatyka (ta stosowana) to narzędzie, a nie cel. Owszem, jest to narzędzie złożone i nie zawsze przewidywalne, wymagające wiedzy i doświadczenia w stosowaniu, a czasem nawet przytulenia do serca, ale jednak tylko narzędzie. Imperia upadały, kiedy ludzie zaczynali wierzyć w urojone bóstwa. Trzeba nadać informatyce i informatykom odpowiednią rangę, bo zasługują na to – ich praca to trudny kawałek chleba. Koniecznie jednak trzeba wymagać od nich takiej samej odpowiedzialności za powodzenie biznesu, jakie wymaga się od marketingu, finansów, czy działów operacyjnych – odpowiedzialności za efekt końcowy, a nie dobrze określony odcinek, którego granice informatycy sami sobie z resztą zwykle wyznaczają.

Pozostaw komentarz